Writer at work

Po długiej przerwie niezwykle trudno jest powrócić do pisania. Wie o tym każdy, kto zajmował się skrobaniem tekstów. By coś napisać, coś nowego, coś płynącego z wnętrza, trzeba wejsć w bardzo specyficzny stan umysłu. Można napisać esej na studia, po prostu streszczając i parafrazując istniejące książki – generalnie tego się na polskich uniwersytetach wymaga – by jednak stworzyć coś własnego, nie mówiąc już o fikcji, musimy odnaleźć to dziwne, ciche miejsce we własnym wnętrzu.

Odpowiedni Stan

Umiejętność łatwego odnajdywania tej przestrzeni, wchodzenia w odpowiedni stan przychodzi z czasem, a dokładniej wraz z praktyką. Gdy nie piszemy przez jakiś czas, zdolność ta zanika. Nagle coś, co było łatwe, naturalne, wręcz machinalne, sprawia nam koszmarne problemy. Z łatwością widzę to w sobie, ale także u innych.

Od czasu do czasu zgadzam się uczyć różnych chętnych kreatywnego pisania. Z reguły, po okresie intensywnej słowo-produkcji, osoby te milkną na jakiś czas. Tygodnie, miesiące, czasem na zawsze.

Po dłuższej przerwie naprawdę musimy przysiąść, przebić się przez mur dyskomfortu i cierpliwie czekać…

 

Continue reading »

Tagged with:
 

Dzień szarańczy - Nathanael West

W dobrej literaturze cudowne jest to, że praktycznie wcale się nie starzeje. Przez przypadek można wykopać książkę sprzed osiemdziesięciu lat i absolutnie się zachwycić. Dokładnie to spotkało mnie, gdy wybrałem się do biblioteki w londyńskim Whitechapel. Włóczyłem się pomiędzy kiepsko zorganizowanymi rzędami książek (DeLillo był rozrzucony pomiędzy trzema sekcjami), aż wreszcie rzucił mi się w oczy „Dzień szarańczy” (ang. „The Day of the Locust”). Miałem wrażenie, że słyszałem gdzieś o tej powieści i zabrałem  błyszczący egzemplarz do domu. Książka okazała się prześmieszna, cudownie smutna i ironiczna. Używając słynniejszych pisarzy jako składników opisu, powiedziałbym, że to Raymond Chandler, zderzony z Salingerem, z domieszką Fitzgeralda i szczyptą Bukowskiego.

 

Continue reading »

Tym razem, dwa dni przed wizytą Marcina Twardowskiego w TVP2, podzielę się z Wami jednym z cięższych fragmentów "Spowiedzi". Muszę powiedzieć, że to właśnie uzależnienie od hazardu zrobiło na mnie największe wrażenie z Marcinowej historii. Nie seks, nie alkohol i nie narkotyki, ale właśnie skacząca po numerkach kuleczka. 

Tylko fragment – ku przestrodze i…. by zachęcić do lektury. 

 

„Pieniądz wygrany, jest dwa razy słodszy od zarobionego.” Richard Price, film „Kolor Pieniędzy”

„Hazard to najpewniejsza metoda zyskania niczego, z czegoś.” Wilson Mizner

„Jeżeli nie boisz się choć trochę, wchodząc do kasyna, jesteś albo bardzo bogaty albo nie wiesz wystarczająco dużo o tej grze.” VP Pappy

 

Hazardem rozwaliłem każdy biznes za jaki się wziąłem. W 2006 roku sprzedawałem markową odzież, by dorobić do pensji selekcjonera. Działałem jako pośrednik sprzedając towar, który brałem w komis od importera. Było to bardzo dochodowe i pewnie byłbym dziś ustawiony, ale niestety… Regularnie miałem trudności z rozliczeniem się na czas, ponieważ często przegrywałem pieniądze ze sprzedaży. Mój zaobek z każdego artykułu wachał się od stu do kilkuset złotych, natomiast wartość całej transakcji sięgała kilku tysięcy. Były to znaczne kwoty, które pozwalały mi grać. Gdy wygrywałem, to się rozliczałem. W pewnym momencie jeden z moich klientów osoba, której zostałem polecony przez znajomą zaproponował mi wspólną działalność. On zainwestował swoje oszczędności w zakup towaru, a ja miałem zająć się sprzedażą. Zaufał mi i nie podpisaliśmy żadnych dokumentów. Robiłem bardzo dobre wrażenie. Z pieniędzmi, które mi przelał pojechałem do Niemiec po towar. Sprzedawałem te rzeczy z różnym powodzeniem, ale nie przekazałem wspólnikowi żadnych pieniędzy. Wszystko na bierząco traciłem. Wysyłałem mu maile, tłumacząc się z trudności w jakiś komiczny sposób. To ktoś spóźniał się z płatnością, to nie byłem w stanie czegoś sprzedać.

 

Continue reading »

 

Ostatnio śpię krótko, dużo pracuję. Wstaję, wskakuje w metro, jadę w ścisku, wysiadam przy katedrze St. Paul’s i wpadam do budynku, gdzie pracuję jako konsultant. Gonię swoją listę zadań przez osiem, dziesięć, dwanaście godzin, a po powrocie do domu siadam do pisania. Książki się same nie napiszą, ani nie wypromują (choć byłoby miło). Epilog do „Spowiedzi selekcjonera” pisałem na raty na trzech różnych lotniskach i trzech dworcach kolejowych.

Miewam chwile, kiedy chciałbym się trochę nad sobą porozczulać. Nie potrafię jednak. Kto powiedział, że życie ma być łatwe? Jeżeli chcemy czegoś wyjątkowego, musimy w to włożyć wyjątkowy wysiłek.

Wiem, że zawdzięczam to nastawienie jednej osobie. Mojemu dziadkowi.

Lekcje niezłomnego – Człowiek z kamienia

Władysław Kwieciński, bo tak się nazywał, przetrwał wywózkę do Rosji, walkę w partyzantce, czterdzieści pięć lat komuny z czego dziesięć z UB na karku… Nie ma rzeczy, która mogłaby mi się przytrafić w dzisiejszym świecie, która dałaby się do tego porównać.

Z dzieciństwa pamiętam marzenie, by obudzić się wtedy kiedy on. Mieszkaliśmy wtedy wszyscy razem na kupie – rodzice i dziadkowie, koniec roku 1988-ego. Codziennie rano zrywałem się i biegłem spojrzeć na zegar w kuchni. 7:00, 6:30, 6:20, 6:15… Dziadek od dawna był już na nogach. Całe życie wstawał punktualnie o 5:30 (choć babcia wyznała mi ostatnio w tajemnicy, że na krótko przed śmiercią, parę razy pozwolił sobie poleżeć do szóstej rano). Dopiero później, gdy miałem już dziewięć lat i dostałem swój pierwszy zegarek z alarmem, udało mi się złapać go w pidżamie.

– Co? Zaczynamy wstawać jak mężczyzna? – spytał mnie rozbawiony znad golarskiego pędzla.

Dziadek miał swoją rutynę. Codziennie wstawał, nienagannie golił się i szedł kupić gazetę. Mężczyzna musi w końcu wiedzieć co się w świecie dzieje.

Potem szedł do pracy, a na emeryturze pisał artykuły do magazynów o uprawie tytoniu, zajmował się działką gdzie miał swoje drzewa owocowe, pielęgnował róże w ogrodzie (miał ich ponad dwadzieścia, różnych gatunków i w różnych kolorach).

Nauczyłem się od niego, że trzeba szanować zadania które sobie stawiamy i że nie ma miejsca na wymówki. Minionej nocy mogło być wesele, mógł do pierwszej w nocy pisać artykuł, ale zawsze o 5:30 był na nogach.

Lekcje niezłomnego – 5

Wiele z artykułów na mojej stronie ma swoje źródło w tych wczesnych latach, gdy jeszcze mieszkałem z dziadkiem pod jednym dachem. Jeżeli miałbym to podsumować w paru punktach:

1. Bądź wytrwały, bądź niezłomny. Nic nie da Ci większej mocy niż powiedzenie sobie – wytrwam. Jeżeli naprawdę zdecydujesz, że wytrwasz, to nieuchronna utrata nadziei, zniechęcenie, zmęczenie… To wszystko nie bedzie miało nad Tobą władania. Postanów wytrwać i wytrwaj.

2. Ustal swoje standardy. Czy chcesz wstawać o 7:00, biegać trzy razy w tygodniu czy zawsze być szczerym z najbliższymi – nie ma znaczenia co chcesz wprowadzić w swoje życie, ważne byś wiedział czego chcesz się trzymać i czego będziesz się trzymał.

3. Miej swoje ideały. Wiedz w co wierzysz. Nikogo nie jest łatwiej złamać, nagiąć, niż człowieka bez ideałów, bez marzeń, bez standardów – czym mocniejsze kompromisy podejmujesz, tym trudniej pewnego dnia będzie Ci spojrzeć sobie w twarz w lustrze. Dla mojego dziadka to był honor, Bóg i ojczyzna. Ja wierzę w sztukę, w pisanie, w dzielenie się wiedzą i inspiracją. Dla Ciebie może to być coś kompletnie innego, jak długo nie jest to nowy iPhone…

4. Naucz się cieszyć drobnymi sprawami. Wiem, że mój dziadek miał okrutnie ciężkie życie. Wiem to od babci, słyszałem to od jego kolegów, od rodziców. Wiem też jednak, że nigdy nie był depresyjnym typem. Trzymała go przy życiu dyscyplina, ale też umiejętność cieszenia się drobiazgami. Nigdy nie zapomnę jego delikatnego uśmiechu, gdy siadał w fotelu z szklanką herbaty i świeżym egzemplarzem „Życia Warszawy”. Nawet już stary i schorowany potrafił się cieszyć piłkarskim meczem w telewizji, kopconym w ukryciu przed babcią papierosem czy porcją domowych pierogów.

5. Miej swoich bohaterów. Miej w pamięci dzielnych ludzi. Z własnego otoczenia, z książek historycznych, z powieści. To nie ma znaczenia. Ważne to mieć kogoś, do kogo możesz aspirować Porównuj się w myślach, do kogoś, kto będzie Cię inspirował. Możesz z tą osobą rozmawiać w myślach, możesz nawet do niej napisać list, jak to mi się kiedyś zdarzyło. Dla mojego dziadka to byli tacy ludzie jak Józef Piłsudski, Jan Nowak-Jeziorański czy Tadeusz Mazowiecki.

Lekcje niezłomnego – Jego pamięci

Dziadek był dla mnie wyjątkowo ważnym mężczyzną. Zadedykowałem mu swoją drugą powieść, „Bracia”. Gdy byłem chłopcem, chciałem być dokładnie taki jak on. Zdyscyplinowany, odważny, niezłomny w swoich przekonaniach.

Wam też życzę odkrycia takiego bohatera, podążania jego śladami i… pewnego dnia stania się swoim własnym bohaterem. A potem… może nawet bohaterem swoich wnuków.

Zostawię Was z fragmentem „Braci” inspirowanym jego życiem.

„Urodził się w 1920 roku we Lwowie, przez co przesiąknięty był tym wszystkim, co wibrowało w powietrzu w dwudziestoleciu międzywojennym: miłością do sportu, dyscypliny, ojczyzny i pięknych kobiet. Skończył podstawówkę, potem gimnazjum – grał w piłkę, siatkówkę, pływał i zaczytywał się w Iwaszkiewiczu. Pisał wiersze w grece i płomieniste poematy o miłości do ojczyzny po polsku. Do dzisiaj mam te pożółkłe zeszyty z setkami alf, omeg i bet. Przysiągłem sobie, że kiedy skończę karierę, nauczę się greki i wszystko to przeczytam. Właściwie równie dobrze mogę to zacząć teraz… Ale nie pora na rozczulanie się. Zwłaszcza kiedy piszę o mężczyźnie, który nie wiedział, co to znaczy.

Wojna zastała go w podchorążówce. Trafił do artylerii i pierwsze tygodnie kampanii wrześniowej spędził bombardując niemieckie czołgi. Nienawidził opowiadać o wojnie i wszystko o nim wyciągnąłem od jego wojennych przyjaciół, przewijających się czasami przez nasze mieszkanie. Gdzieś w ostatnim tygodniu września jeden z tych uroczych czołgów trzasnął dokładnie w jego haubicę. Obudził się w szpitalu we wschodniej Polsce, z zabandażowanym okiem, dziurą w nodze i bez palca wskazującego prawej dłoni. Jak opowiadał nam to potem jego kolega: kuracja nie trwała długo, bo z wizytą zajrzeli Rosjanie i z iście słowiańską gościnnością zaprosili naszego dziadka jako oficera na przejażdżkę pociągiem w głąb swojego pięknego kraju. Jakość usług świadczonych przez nasze linie kolejowe musiała być wówczas równie kiepska jak dzisiaj, bo razem z nowo poznanym kolegą dziadek postanowił opuścić wycieczkę i, już na terenie ZSRR, na jednym z postojów wyskoczył z wagonu. Nie prze padali za oficjalnymi pożegnaniami i nie chcieli robić przykrości swojemu gospodarzowi, więc przeczołgali się przez całą długość pociągu, żeby chyłkiem opuścić towarzystwo. Kiedy czmychali w krzaki, nasi bracia ze Wschodu zorientowali się jednak w sytuacji i oddali w ich stronę serię salw honorowych. Pewnie po to, by odchodzący lepiej je słyszeli… Tak rozpoczął się miesięczny spacer przez terytorium dzisiejszej Ukrainy.

Kiedy dotarli do rodziny dziadka pod Lublinem, szybko okazało się, że na naszych terenach funkcjonuje już partyzantka. Dziadek oczywiście wstąpił w jej szeregi i już do końca wojny przymierał głodem, chował się po lasach i strzelał do nieproszonych gości, którzy odwiedzili naszą ziemię. Szło mu to na tyle dobrze i rotacja w kadrach była na tyle duża, że w 1944 roku był już komendantem całego okręgu lubelskiego. Wojna się skończyła, nieproszeni goście z Zachodu sobie poszli, a ci ze Wschodu zostali gospodarzami. Z niewiadomych przyczyn Lwów zmienił położenie i dziadek przeprowadził się tam, gdzie jeszcze nad urzędami wisiały biało-czerwone flagi. Nowi gospodarze nie lubili tych, którzy strzelali do nich za czasów, gdy byli nieproszonymi gośćmi, więc dziadek przez prawie dziesięć lat po wojnie uciekał, zmieniał nazwiska, sypiał na szafach i w ogóle bawił się średnio. Co gorsza wielki przyjaciel ze Wschodu pomylił się ździebko i wziął brata dziadka za dziadka, w efekcie wysyłając go do Kazachstanu. Dziadek został w Polsce, z poczuciem winy, z którym nic nie mógł zrobić. Nadal się ukrywał, ale jakimś cudem udało mu się skończyć Akademię Rolniczą.

Wreszcie przyszła odwilż i nagle okazało się, że inteligentny, wykształcony facet o dużych zdolnościach organizacyjnych jest kimś przydatnym. Został wicedyrektorem fabryki tytoniu. Miał zostać dyrektorem, ale jakoś nie podobała mu się legitymacja partyjna. Może to ten czerwony kolor? Nigdy nie widziałem, żeby nosił coś czerwonego… Jako że nagle przestał być ścigany, ożenił się i zaczął płodzić dzieci. Najpierw mojego wujka, potem moją mamę. Nie wiem, czy był szczęśliwy, bo jego największa miłość zginęła w czasie okupacji, a następna wielka miłość wolała kogoś z czerwoną legitymacją. W każdym razie zapewnił swojej rodzinie dobre życie, a sam znajdował oparcie w dyscyplinie, wstając całe życie o piątej rano i regularnie uprawiając sport.

Kiedy wielki brat ze Wschodu się wyprowadził, podobno pierwszy raz od czterdziestu siedmiu lat dziadek się popłakał. Do dziś nie potrafię sobie tego wyobrazić, ale oczy robią mi się wilgotne na samą myśl.”

 

 

 

Zachęcam do odwiedzenia mnie na google+ i na  Facebooku

Na zdjęciu od lewej: mój dziadek, ja i moja cioteczna siostra, Ola

Tagged with:
 

podsumowanie roku 2013

Koniec jednego roku i początek drugiego skłaniają do podsumowań. Co osiągnąłem? Co się zdarzyło? Czego się nauczyłem?

 

Myślę, że takie spojrzenie wstecz jest korzystne i bardzo potrzebne. Jak napisał Robert Penn Warren, ignorując swoją przeszłość, zabijamy też swoją przyszłość. Tylko po rozprawieniu się z tym co było, możemy ufnie ruszyć naprzód. A nie ma lepszej metody niż pisanie.

 

Warto zamknąć rozdział i przygotować się na kolejny. Wtedy można zacząć snuć plany…

 

Continue reading »