Amy Winehouse

Chciałem pisać dziś o czymś zupełnie innym, ale okoliczności same podsuwają temat. Pożegnam się tu z Amy Winehouse.

Pamiętać ją można albo jako wiecznie pijaną kretynkę z pierwszych stron tabloidów albo jako wybitną piosenkarkę.

Można zapamiętać jej występy, na których ledwo była w stanie wymruczeć cos do mikrofonu, jak choćby ostatnio w Serbii, gdzie przywitała widownię okrzykiem: „Witajcie Ateny!”, a potem co chwila schodziła ze sceny, zostawiając publiczność ze swoim zespołem, z całych sił starających sobie poradzić bez wokalistki.

Można też zapamiętać ją ze świetnych koncertów jak choćby w Somerset House w Londynie w ostatnich momentach, kiedy jeszcze radziła sobie z nałogami w 2007 roku. Albo z niesamowitego, wykonania Love is a Losing Game podczas rozdania nagród Mercury Prize w tym samym roku (odsyłam do youtube'a i innych mniej lub bardziej legalnych źródeł nagrań).

 

Można skupić się na doniesieniach o biciu fanów na koncertach albo na długiej liście nagród – w tym za najlepsze teksty piosenek, bo te z pierwszej płyty napisałan (z wyjątkiem dwóch) samodzielnie.

Co po niej zostanie na pewno dwa kawałki: Rehab i Back to Black. Pierwszy już dziś wylądował na liście najlepszych 500 piosenek XX wieku, magazynu Rolling Stones. Inspirowany muzyką R&B lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, a dokładniej „doo-wopem”, kawałek podpił brytyjskie, a później światowe listy przebojów. Co więcej, był to jeden z tych nielicznych hitów, który jest znakomity muzycznie. Mark Ronson, który ze swoim zespołem Business International był w Polsce raptem tydzień temu, a który produkował drugi album Amy z rozbawieniem opowiadał o powstaniu pierwszej piosenki: „Miałem już dość pracy jako didżej, chciałem zająć się na poważnie produkcją. Pewnego dnia weszła do mojego studia ta dziewczyna opowiadając o swoich przejściach z uzależnieniem od alkoholu. Powtarzała – „Chcieli mnie wysłać na odwyk, ale nic z tego!”. To brzmiało tak rytmicznie! Od razu uznałem, że musimy z tego zrobić piosenkę!”.

Amy Winehouse Okładka

Co jeszcze? Na pewno jej niezwykły, głęboki głos, zdolny do przenoszenia niezwykle mocnych emocji. Mało, która artystka dziś – a tych o wspaniałym, wyćwiczonym głosie mamy wiele – potrafi tak złapać za serce, tak doskonale oddać barwą głosu, lekkimi akcentami: ból, tęsknotę czy nadzieję.

Nie będę się rozpisywał. Jej ulubiona piosenkarka, Dinah Washington, zmarła w wieku 39 lat, po przypadkowym zażyciu śmiertelnej mieszanki barbituranów: amobarbitalu i sekobarbitalu. Ona niestety nie dociągnęła do tego wieku. Dołączyła do Janis Joplin, Jimi Hendrixa, Briana Jonesa, Jima Morrisona i Roberta Johnsona, wybitnych muzyków, którzy odeszli w wieku dwudziestu siedem lat.

Oczywiście czekam teraz na obowiazkową nową płytę, jaką zawsze wydaje się po śmierci artysty. Tym razem nie będzie to na szczęście tylko odgrzewany kotlet z dodatkiem „wcześniej nieopublikowanych” itd., bo Amy była w połowie nagrywania kolejnej płyty (od ponad roku, ale zawsze), więc trafi do nas parę dobrych kawałków.

Szkoda, że nie dane jej było przeżyć długiej kariery, pełnej wspaniałych albumów – Rolling Stonesi potrafili się nieraz odbić od dna.

Na koniec parę ciekawych wypowiedzi o niej – tych sprzed śmierci, bo po wiadomo, każdy powtarza to samo:

Tony Benett, wywiad dla Guardiana z początku lipca tego roku – „ Nagranie z Amy Winehouse sprawiło mi największą przyjemność z wszystkich jakie miałem przyjemność odbyć przy okazji nagrywania nowego albumu. Wszyscy najlepsi artyści jakich znałem – Frank Sinatra, Lena Horne, Pearl Bailey – wszyscy oni odczuwali motylki w brzuchu przed występem, martwili się o wynik, była w nich ta nerwowość. Amy była taka sama. Niepokoiła się o to co się wydarzy, jak jej pójdzie. Czułem jednak, że uwielbia występować. Starałem się ją rozluźnić i powiedziałem jej, że brzmi trochę jak Dinah Washington. Kiedy to usłyszała, oczy aż jej zalśniły. Uwielbiam Dinę Washington. A kiedy dowiedziała się, że znałem ją osobiście, aż nie mogła usiedzieć w miejscu. Po chwili zaczęliśmy śpiewać i nagranie wyszło wspaniale.”

Mark Ronson, wywiad dla Last Call – „Któregoś razu, kiedy byłem w Nowym Jorku i znajomy spytał mnie: Lubisz Amy Winehouse? Tak, jasne – odpowiedziałem. To może się spotkajcie, bo akurat jest w mieście przez jeden dzień, a pracuje właśnie nad nowym albumem. Kiedy wszedłem spojrzała na mnie zaskoczona. Cześć – powiedziałem, – Jestem Mark. Ty? – spytała. – Myślałam, że jesteś starym gościem z brodą. Zacząłem puszczać jej różne płyty, żeby wyczuć co lubi. Przerwała mi i powiedziała, że lubi to o leci z szafy grającej, kiedy jesteś w barze i grasz w bilard. Klasyczny pop, lata sześćdziesiate, wytwórnia Shangri-La. Nie miałem nic takiego przy sobie, więc tylko wybłagałem żeby została jedną noc dłużej, wysłałem ją do hotelu, a sam ruszyłem do pracy. Na rano miałem gotową linię pianina, która później trafiła do kawałka Back to Black i linię tamburynu, z maksymalnie podkręconym pogłosem, który dał ten głuchy dźwięk, który słyszymy na początku. Uwielbiałem z nią pracować, wniosła niezwykłą jakość do wszystkich naszych nagrań.”

 

 

PS Zachęcam też do odwiedzenia mnie na google+ i na  Facebooku.

 

Komentarze:

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Please type the characters of this captcha image in the input box

Please type the characters of this captcha image in the input box