Warning: include(1) [function.include]: failed to open stream: No such file or directory in /wp-config.php on line 83

Warning: include(1) [function.include]: failed to open stream: No such file or directory in /wp-config.php on line 83

Warning: include(1) [function.include]: failed to open stream: No such file or directory in /wp-config.php on line 83

Warning: include() [function.include]: Failed opening '1' for inclusion (include_path='.:/:/usr/local/php/pear5') in /wp-config.php on line 83
"Bracia" - długa, trudna droga | Maciej Rajk - oficjalna strona

legia panathinaikos 2:0 1996

Życie jest nieprawdopodobne. Kiedy w lipcu 2009 zaczynałem pisać „Braci”, swoją drugą powieść byłem w kompletnym lesie. Moja pierwsza książka „Miłość i inne pajęczyny” szukała ciągle wydawcy (już tydzień później miałem podpisaną umowę z wydawnictwem Poligraf, ale wtedy jeszcze nic o tym nie wiedziałem). Nie miałem pieniędzy, żywiłem się ryżem z marchwią i zastanawiałem się czy nie jestem kompletnym idiotą pędząc za jakąś iluzją, zamiast jak wszyscy moi rozsądni znajomi pracując w jakiejś korporacji. A przecież miałem wcześniej dobrą pracę w korporacji, tylko… postanowiłem ją rzucić, żeby napisać ksiażkę.

Czemu o tym wszystkim piszę? Otóż, wczoraj dowiedziałem się, że pewien piłkarz, grający kiedyś w warszawskiej dostał do ręki egzemplarz mojej książki. A co w tym nadzwyczajnego?

 

Skąd w ogóle „Bracia”

 

Kiedy skończyłem „Miłość i inne pajęczyny”, wziąłem się za pisanie magisterki. Zadanie okazało się dużo bardziej upierdliwe niż napisanie książki, ale… trochę ponad miesiąc później miałem to z głowy. Zacząłem się zastanawiać co teraz napisać? Na pomysł na pierwszą książkę mogłem czekać latami, mógł wpaść na mnie przez przypadek, z nienacka, ale teraz? Przecież już byłem pisarzem, więc musiałem coś kolejnego napisać.

Na siłę zapisywałem notesy pomysłami. Czytałem powieści, oglądałem filmy szukałem inspiracji… nic! Zacząłem trzy powieści, ale nie było we mnie żadnej motywacji, by je dokończyć, w historiach brakowało ognia. Trzydziestego czerwca obroniłem magisterkę i przez parę dni potem kombinowałem jeszcze ostrzej co tu dalej napisać. W końcu nie miałem już teraz nic do zrobienia poza pisaniem?? Strasznie to było frustrujące. Zastanawiałem się czy nie odpuścić, aż tu nagle… na początku drugiego tygodnia lipca obudziłem się z dziwaczną wizją, pełen emocji. Przed oczami miałem jakby pocztówkę, ktoś leży na łóżku szpitalnym, ma nogę w gipsie i zza jego pleców widzimy, że ogląda mecz piłkarski. Złamana noga, na tle transmisji meczu. Co to miało znaczyć? Pewnie zniknęłoby to szybko z moich myśli, gdyby nie intensywność odczuwanych przeze mnie emocji. Ten ktoś, był wściekły. Czuł furię. Zrozumiałem, że to młody chłopak, piłkarz. I on miał grać w tym meczu.

Zaczęły do mnie przychodzić szczegóły historii, wpadałem na kolejne pomysły. Nie dość, że nie gra w tym meczu, to gra w nim jego największy rywal zamiast niego. Jego brat! Młodszy? Nie… Starszy… Nie, to nie byłaby taka zawiść… Bliźniak! Oni są tacy sami, co sprawia że rywalizacja między nimi jest idealna. Ale… mają inne charaktery. Miałem historię. Zrozumiałem, że oglądanie kogoś, kto wygląda tak jak my, kto jest naszym rywalem numer jeden, występującego w meczu, w którym my mielśmy grać i jeszcze oglądanie na bieżąco, jak sobie radzi to maksymalna tortura. To coś, co sprawi, że ten chłopak oszaleje, zniszczy coś albo… wejdzie na nowy poziom zrozumienia, dojrzałości. Stanie się kimś nowym. Nie wiedziałem do końca, które nastąpi, ale musiałem napisać książkę, żeby przejść z nim tą drogę.

 

Trudna, trudna droga

 

Wyprawa, na którą ruszyłem latem 2009 roku miała wiele przystanków. Do swoich urodzin, dziesiątego sierpnia miałem już napisane pół książki. Niedługo potem jednak moja sytuacja finansowa zrobiła się już zupełnie dramatyczna. Odkryłem, że nie jestem w stanie pisać, zastanawiając się jednocześnie za co będę jadł w następnym tygodniu. Moje tempo spadło. Do połowy października dociągnąłem do 2/3 powieści. I mając dwadzieścia złotych w portfelu, cztery miesiące niezapłaconego czynszu i… wspomnienia z elektrykami wyłączającymy mi prąd… uznałem, że muszę znaleźć pracę. Udało mi się błyskawicznie – w dwa dni. Miałem zacząć robić badania biur dla magazynu Office & Facility (dziś OFFICE), ale zamiast tego po szalonych pięciu dniach, kiedy poprawiłem masę ich artykułów i opracowałem strategię promocji pisma, zostałem redaktorem prowadzącym. Chciałem to robić przez chwilę, tylko żeby się odkuć i wrócić do pisania, ale zostałem dwa lata. Przez parę miesięcy nawet prowadziłem całą firmę, w zastępstwie jej właściciela. Pisanie odpłynęło na dalszy tor. Byłem chwilami strasznie nieszczęśliwy, katowałem się w myślach za to, że nie piszę, ale nie mogłem znaleźć odwagi, by rzucić pracę i raz jeszcze zaryzykować dietę ryżową, nawet mając oszczędności na całe miesiące. Wreszcie w kwietniu 2011 wyrwałem się z zobowiazań, napisałem artykułów na zapas, zrezygnowałem z pensji redaktora i… wziąłem się za poprawianie i kończenie „Braci”. W czerwcu książka była gotowa. W międzyczasie okazało się, że za używanie prawdziwych nazw klubów mogę wylądować w sądzie, nie mówiąc już o nazwiskach piłkarzy, więc… musiałem wszystko poprawić raz jeszcze. Mimow wszystko jednak, już w sierpniu wydawnictwo, w którym pracowałem zgodziło się ją wydać. Happy end?

Niezupełnie. Po pierwsze popełniłem karygodny błąd, decydując się na umowę na wyłączność z księgarnią internetową (księgarnię Lideria, będę dażył sympatią po grobową deskę, ale rezygnacja z dystrybucji w głównych księgarniach dla nieznanego autora jest zabójcza!). W ciągu pół roku, przez Liderię sprzedało się… 19 egzemplarzy. To już ja, objeżdżając kraj z wieczorkami autorskimi sprzedałem ich o jedno zero więcej! Niemniej jednak, dalej pisałem artykuły dla magazynu OFFICE i nie potrafiłem znaleźć odwagi, by wszystko kompletnie rzucić i tylko poświęcić się promowaniu książki. Żeby było ciekawiej w lutym 2012 wydawnictwo padło i… straciłem możliwość jakiejkolwiek dystrybucji książki. Istniała groźba, że cały nakład pójdzie na makulaturę. Byłem o krok od wypuszcenia e-booka do netu za darmo – niech to chociaż ludzie przeczytają, ja nie muszę na tym zarabiać. Ostatecznie wylądował w całości u mnie w domu (mój salon utonął w egzemplarzach), a ostatnio odkupiłem nakład od zgłaszającego upadłość wydawnictwa.

Co więcej na imprezie urodzinowej kolegi poznałem zapalonego wydawcę i… ruszyliśmy do działania. Książka zyska nową okładkę i wkrótce znowu będzie w dystrybucji. Tymczasem poważnie rozważam dużą niespodziankę dla moich czytelników, ale o tym następnym razem!

23-ciego maja jadę do Poznania i będę promował swoją powieść w znanym w Wielkopolsce cyklu „Debiuty” – wszystkich chętnych serdecznie zapraszam na 18:00 do Biblioteki Uniwersyteckiej.

Nie mam bladego pojęcia jak ta historia się skończy, ale jestem prze-szczęśliwy, że znowu można tą książkę będzie kupić.

 

Legia 1996

A czemu tak się wzruszyłem tym, że książkę dostał do przeczytania dawny piłkarz Legii? Otóż, grał on w tym klubie w słynnym sezonie 1996-97, kiedy to mój ukochany klub – Legia Warszawa – stracił właściciela i sprzedał 90% najcenniejszych piłkarzy… Ze znanych nazwisk zostali w nim Zieliński, Staniek, Jałocha i Kucharski. Poza tym grali tam nieznani wówczas nikomu Solnica, Mięciel, Kozioł, Szamotulski… Wydawało się, że Legia spadnie z ligi. Legia grała wtedy w Pucharze Zdobywców Pucharów i… już w drugiej rundzie trafiła na Panathinaikos Ateny, który rozgromił Legię 3:0 na wiosnę tego samego roku – i to Legię w milion razy silniejszym składzie: z Jóźwiakiem, Piszem, Podbrożnym, Wieszczyckim, Stańkiem, Szczęsnym… długo by tu wymieniać. W pierwszym meczu w Atenach, Legia przegrała 4:2. Rewanż miał miejsce na Łazienkowskiej już 24-tego września. Nikt nie stawiał na Legię. Nikt nie stawiał na młody zespół bez gwiazd i praktycznie bez rezerwowych. W dodatku lało, a w takich warunkach zawsze łatwiej zespołowi, który ma się bronić. Jednak… stał się cud. Nigdy nie zapomnę oglądania tego meczu. Cały czas na stojąco, z wypiekami na twarzy, kursując od lewej do prawej po dywanie. Legia grała jak natchniona, nie było straconych piłek. Pierwsza połowa była świetna, ale i tak zakończyła się remisem 0:0. Dopiero w drugiej zaczęły się dziać cuda. Gola strzelił Marcin Mięciel i już do końca meczu Legia grała ze świadomością, że dzieli ich bramka od szczęścia. Grali nieprawdopodobnie. Wyglądało to jakby nie młodzież grała z jednym z najlepszych zespołów w Europie, ale jakby to Panathinaikos przyjechał na pożarcie. Dobiegła 90-ta minuta i wydawało się, że zostaną tylko wspomnienia ładnego meczu, kiedy bramkę strzelił Cezary Kucharski. 2:0. Awansujemy! Sędzia nawet nie pozwolił Grekom rozegrać akcji.

Kiedy po meczu dziennikarz złapał za rękę Cezarego Kucharskiego i zaczął przeprowadzać z nim wywiad miałem łzy w oczach. Piłkarz miał bladą twarz, cały upaprany był błotem i wyglądał jakby miał zaraz zemdleć: „Udało się, nie można jeszcze nas przekreślać, tyle osób nas skreśliło, ale nie można…” Nie widziałem wcześniej takiej pasji u kogoś. Na zawsze wryło mi się to w pamięci.

Kiedy pisałem „Braci” oglądałem drugą połowę tego meczu co parę dni. Chciałem, przekazać właśnie te emocje: bezgraniczną pasję, wiarę w zwycięstwo, poświęcenie i miłość do piłki nożnej. Chciałem, żeby czytający tak jak ja wtedy, mając trzynaście lat poczuli, że wszystko jest możliwe, jeżeli się tego pragnie z całego, całego serca i jest się gotów paść z wyczerpania walcząc o uzyskanie celu.

I teraz jeden z tych pisarzy (nie zdradzę, który dopóki nie dostanę recenzji!) dostał książkę do ręki. Historia zatacza bardzo, bardzo dziwne koło. Ale za to kochamy naszą dziwną planetę! ; )

 

Zachęcam też do odwiedzenia mnie na google+ i na  Facebooku.

 

Tagged with:
 

Komentarze:

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Please type the characters of this captcha image in the input box

Please type the characters of this captcha image in the input box