Dublin Irlandia

Deszcz, uprzejmi ludzie, Guiness, głośne imprezy i śliczna trawa. Jakoś tak zapisało się to miasto w mojej pamięci. Byłem tam dwa razy, oba w 2005 roku. Za pierwszym po prostu odwiedzałem kolegę. Włóczyłem się po okolicy, piłem z nim piwo, grałem w piłkę, odwiedzałem zabytki. Za drugim pojechałem tam znaleźć pracę. Podobnie jak 100 tysięcy innych Polaków tego lata. Zajrzałem wtedy do każdego baru, restauracji czy sklepu. Myślę, że autentycznie byłem w niemal każdym barze i restauracji, bo z kumplem bardzo systematycznie podeszliśmy do sprawy. Byliśmy nawet w leżącym na północy Swords i tam też zastukaliśmy do każdych drzwi! Co więc mogę powiedzieć o tym dogłębnie zwiedzonym mieście?

Miasto i imprezy

 

Dublin jest uroczy, choć zaskakująco mały. Gdy zwiedzimy już centrum, zobaczymy katedrę św. Patryka i pokręcimy się po wybrzeżu… niewiele nam zostanie. Zawsze możemy wyskoczyć z miasta i przejść się po okolicznych uroczych wzgórzach, wypić piwo w jednym z wielu pełnych charakteru pubów. Chyba… że mamy akurat wolny wieczór.

Wówczas idealnym miejscem jest Temple Bar. To co za dnia jest przyjemną artystyczną dzielnicą, zmienia się w nocy w czołową imprezownię… całej Irlandii. To właśnie tam przeżyłem najbardziej szalony pub crawl swojego życia, gdzie Amerykanki i Brytyjki kupowały mi drinki, znajomi Australijczycy polegli, kumpel zgubił kurtkę, a ja… posiałem kumpla i skończyłem z jakąś dziwaczną ekipą świętującą urodziny. Wracałem na azymut, pytając ludzi moim najlepszym trzeźwym głosem, na jaki potrafiłem się zdobyć:

– Where is the river??

O jednym z takich wypadów napisałem później swoje pierwsze lepiej skomponowane opowiadanie.

Szukamy pracy

 

Niewiele jednak mieliśmy okazji się pobawić. Szukanie pracy to też praca i można ją praktykować od siódmer rano, aż do 22:00. Tak też czyniliśmy. Motywowaliśmy się wzajemnie, wchodziliśmy do wszystkich lokali, pytając o zatrudnienie, zdzieraliśmy zelówki i pięty, w pośredniaku wykonywaliśmy darmowe telefony do pracodawców, a w kafejkach internetowych z bólem wydawaliśmy nasze Euro na druk cefałek. Wszędzie ktoś już nas uprzedził, z reguły nasi. Wieczory spędzaliśmy gawędząc z innymi Polakami w hostelu – przekrój był pełen, od studentów SGH i medycyny, po dziewczyny po liceum ze Szczecina, które…nie były pewne, w którym miejscu Polski ich miasto leży. Jakoś się dogadywaliśmy i wspieraliśmy. Stereotyp „Za granicą, Polak, Polakowi wilkiem jakoś nie znalazł potwierdzenia.” – zresztą z mojego doświadczenia ta niechęć wypływa od dłuższych stażem emigrantem względem świeżego narybku. Coś w stylu – ja tu byłem pierwszy! Czyli standardowe „Pan tu nie stał.”

Nasze wyprawy nie przynosiły efektu, ale… odpowiadanie na gazetowe ogłoszenia owszem. Zgłosiła się do mnie firma reprezentująca organizację charytatywną Gorta. Miałem chodzić od domu do domu i namawiać ludzi na podpisanie comiesięcznego przekazu pieniężnego.

 

Moja praca reprezentanta handlowego to temat na osobny artykuł. Codziennie rano zrywałem się do pracy, jechałem do biura, gdzie serwowano nam motywacyjną papkę, następnie do nocy biegałem po mieście, od drzwi do drzwi, pogoda czy nie, aż do późnego wieczora, kiedy to w biurze czekała kolejna pogadanka. W naszym hostelu, a później wynajmowanym mieszkaniu byłem przed północą. Każdy dzień wyglądał tak samo, a pracowaliśmy sześć dni w tygodniu. Jako najmłodszy stażem byłem wysyłany do najkoszmarniejszych rejonów, gdzie drzwi otwierali mi pijani robotnicy, tudzież agresywni (i oczywiście również pijani) bezrobotni. „Zabieracie nam pracę, s**syny!”. Duch altruizmu i chęci wspierania rozwoju rolnictwa w Afryce, jak łatwo się domyślić był dość ograniczony…

 

Powrót

 

Nie wytrwałem tam długo. Mój kumpel nie znalazł pracy i chciał wracać do domu, tęskniła za mną dziewczyna… nie potrzebowałem też specjalnie tych pieniędzy. Pamiętam, że dzień, w którym nie poszedłem do pracy był absolutnie najlepszym z całego wyjazdu. Spotkaliśmy się z kumplem, pierwszy dzień, po prostu siedzieliśmy, w spokoju. Nie ganialiśmy już za pracą, a ja nie ganiałem za klientami. Zamówiliśmy rybę z frytkami, jakąś surówkę. Wypiliśmy chyba nawet po piwie. Potem poszliśmy do kina. Zapłaciliśmy za bilet, a potem schowaliśmy się w toalecie i poszliśmy na następny seans. Czułem się wolny i szczęśliwy. Miałem wrażenie jakbym zerwał chomąto.

Następną noc spędziliśmy na lotnisku, starając się spać mimo natrętnie powtarzanego komunikatu o nie zostawianiu bagażu. Parę dni wcześniej wybuchły bomby w Londynie i atmosfera w hali odlotów była dość napięta. Wylądowaliśmy w Charleroi, gdzie czekał na nas autokar do Polski. Gdzieś, mijając pordzewiałe barierki drogowe w okolicach Antwerpii, poczułem że moja przygoda z zieloną wyspą właśnie dobiegła końca. Nie żałowałem. Choć podróże lubię.

 

Zachęcam też do odwiedzenia mnie na google+ i na  Facebooku.

 

Tagged with:
 

Komentarze:

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Please type the characters of this captcha image in the input box

Please type the characters of this captcha image in the input box