grunge nirvana

Gdzieś w piątej klasie podstawówki zostałem fanem muzyki grunge. Wiadomo: Nirvana, Pearl Jam… Jakoś to współgrało z powoli rodzącym się we mnie buntem (przeciw czemu? rodzicom i nauczycielom, jeśli dobrze pamiętam).

 

Pamiętam dobrze, kiedy po przesłuchaniu Unplugged in New York i sesji dzikiego skakania do Smells Like a Teen Spirit na zimowiskowej dyskotece, poszedłem do Empiku spytać czy są jakieś nowe płyty Nirvany.

Długowłosy sprzedawca wykrzywił się paskudnie, położył ręce na blacie, po czym schował głowę w ramionach. Jako jedenastolatek byłem śmiertelnie przerażony. Czekałem w napięciu co wydarzy się dalej. Czy może oni tam klną na tych płytach i zaraz mnie zatrzymają, potem wezwą rodziców? Może ten sprzedawca słucha jakiejś konkurencyjnej kapeli? Może to tak samo jak z Widzewem i Legią, dostanę po mordzie? Wreszcie chłopak wydusił z siebie:
– Kurt nie żyje.

To już doprowadziło mnie na skraj przerażenia. Ktoś nie żyje? Jaki Kurt? Oczywiście, będąc fanem od niecałych dwóch miesięcy, jeszcze przed erą Internetu, nie miałem okazji dowiedzieć się kto jest wokalistą mojego nowego, ulubionego zespołu.
– C-c-co…? – wyjąkałem, odsuwając się trochę od lady.
– Nie będzie żadnych nowych płyt! Już nigdy! – wydarł się na mnie sprzedawca.
O, Jezu, pomyślałem. Ludzie zaczęli patrzeć w naszą stronę, znikąd pojawił się kierownik sklepu:
– Marek! Czy ty krzyczysz na klientów?!
– Nie… Nie szkodzi – wydusiłem z siebie i czym prędzej opuściłem sklep. Chyba następnym razem pójdę ze starszym kumplem, pomyślałem. I może gdzie indziej.
Dopiero następny numer Bravo odkrył przede mną kulisy tej dziwacznej sytuacji. Od dnia, kiedy pierwszy raz usłyszałem muzykę Nirvany do śmierci Cobaina minęło jakieś… sześć tygodni. Kiepski wybór nowej ulubionej kapeli…

 

Jeśli chodzi o muzykę Nirvany, to chyba właśnie dzięki niej odkryłem, że jest coś ciekawego w nieszczęściu. Wychowany na „W pustyni i w puszczy” oraz na „Tomkach” Alfreda Szklarskiego byłem przekonany, że zawsze trzeba być dzielnym i z uśmiechem na twarzy przyjmować wszelkie ciosy losu. Byłem tym zawsze uśmiechniętym chłopakiem, który miewał dużo ciężkich momentów, ale jakoś zawsze uważał, że należy jak najszybciej wrócić do stanu „uśmiechania się”.

Właśnie słuchając Nirvany odkryłem, że na tym świecie są nieszczęśliwi ludzie. I to nieszczęśliwi z wewnętrznych przyczyn, a nie tak oczywistych jak głód czy śmierć bliskich. Nie jest to w ogóle odkrywcze, ale dla jedenastolatka było.
Trudno mi ocenić na ile mój nastoletni bunt był spowodowany tekstami piosenek typu „Alive”, „Jeremy" (Pearl Jam) czy „Dumb”(Nirvana), a na ile eksplozją wszelkich hormonów, ale na pewno wszystko to razem pięknie współgrało.

Swoją drogą, dopiero po latach doceniłem jak dobre teksty pisał Eddie Vedder – sprawdźcie choćby „Jeremy". Wysoka klasa.

I jak dobre koncerty grała Nirvana.

PS Zachęcam też do odwiedzenia mnie na google+ i na  Facebooku.

 

Tagged with:
 

Komentarze:

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Please type the characters of this captcha image in the input box

Please type the characters of this captcha image in the input box