Infinite Jest David Foster Wallace
Wallace to jeden z najbardziej wpływowych i innowatorskich pisarzy ostatnich dwudziestu lat.” David Ulin, redaktor literacki Los Angeles Times

Wspominałem ostatnio o drugiej książce, która powinna trafić do Polski – „Infinite Jest” Davida Fostera Wallace'a.

Niekończący się żart

Tytuł książki pochodzi z Hamleta, piątego aktu, pierwszej sceny. Hamlet trzyma czaszkę nadwornego błazna Yoricka i mówi: „Biedny Yorick! Wiesz, Horacjo, że go znałem? Był niewyczerpanym źrdłem żartów, fantazja aż go roznosiła.” ("Alas, poor Yorick! I knew him, Horatio: a fellow of infinite jest, of most excellent fancy.) Tytułem roboczym było „A Failed Entertainment”, „Nieudna rozrywka”.

 

Społeczeństwo amerykańskie w tej książce przedstawione jest jako zaprzątnięte samym sobą, opętane obsesją przyjemności i rozrywki. „Infinite Jest”, to tytuł filmu, który jest tak rozrywkowy, że odbiera chęć robienia czegokolwiek innego osobom, które go widziały. Kanadyjscy terroryści z Quebecu walczą o przejęcie na nim kontroli dla swoich niecnych celów. Akcja obraca się wokół akademii tenisa, kliniki odwykowej… Książka cechuje się maniakalną energią, jest absolutnie szalona i niezwykła. Zawiera prawdopodobnie najwspanialsze opisy gry w tenisa, odwyku, doskonałości ruchowej Marlona Brando… Jest niezwykle złożona, a jednocześnie wspaniale dynamiczna, wciągająca i… ucząca nas czegoś. Kończąc ją możemy poczuć się mądrzejsi, możemy stać się lepsi i głębiej zrozumieć szaleństwo otaczającego nas świata. Chyba nie można wymagać więcej od żadnej książki. Jak napisał w swojej recenzji dla Timesa, uzasadniającej przyznanie mu nagrody za najlepszą ksiażkę 1996 roku, Lev Grosman: „To niebywale zabawna książka. (…) Boleśnie śmieszne dialogi, malują szaloną wizję rozważań dotyczących tego czym jest uzależnienie, rozrywka, sztuka, życie i, oczywiście, tenis.

To pisarz, który na stałe wylądował na mojej liście ulubieńców, obok Millera, Rotha czy Belowa.

David Foster Wallace może zrobić praktycznie wszystko, jeśli tylko się do tego przyłoży. Może pisać smutno, wesoło, głupawo, łamiąc serce i absurdalnie z równą łatwością. Jest w stanie osiągnąć każdy z tych efektów za jednym razem!”, Michiko Kakutani, główny krytyk literacki The New York Times

Kim był?

Jako nastolatek był Ukońcył Amherst College na Uniwersytecie Arizony, gdzie pracę magisterską pisał z angielskiego i filozofii, ze szczególnym skupieniem na logice modalnej i matematyce. Za obie prace magisterskie otrzymał wyróżnienie i skończył uczelnię z honorami.
David Foster Wallace

Pierwszą powieść „The Broom of the System” opublikował w 1987 roku, w wieku zaledwie dwudziestu czterech lat. Krytyka przyjęła ją ciepło, New York Times opisał ją jako: „maniakalną, ludzką, skażoną i ekstrawagancką” Rozpoczął pracę nad swoją najsłynniejszą powieścią, „Infinite Jest”, w 1991 roku, w1992 zaczął wykładać literaturę angielską na uniwersytecie stanowym Illinois. Pierwszy szkic wysłał swojemu wydawcy w grudniu 1993. Pierwsze fragmenty opublikowano w 1995 roku, a całość w 1996 roku. W latach 1997-2002 był stypendystą słynnej fundacji MacArthurów, „Infinite Jest” wygrał nagrodę najlepszej książki roku 1996, magazynu Times i został włączony na listę 100 najlepszych powieści lat 1923-2005. Z innych nagród otrzymał nagrodę Aha Khana 1997, Lannan Literary Award 1996, Salon Book Award 1996 i Whiting Writers' Award 1987.

Żona Wallace'a, Karen Green znalazła go powieszonego dwunastego września, na patio ich domu w Claremont w Kalifornii. Wallace przez dwadzieścia lat brał lekarstwa antydepresyjne. Jak mówi jego ojciec, w czerwcu 2007 roku zmienił leki, gdyż skutki uboczne dotychczasowego lekarstwa stały się zbyt dokuczliwe. Depresja wróciła i żadna inna kuracja nie przynosiła efektów: „Pakowano w niego mnóstwo lekarstw. Był w szpitalu kilka razy tego lata, przeszedł też terapię elektrowstrząsową. Próbowano wszystkiego, nic jednak nie działało, a on już nie mógł tego znieść.”

Wallace był w sumie bardzo podobnym człowiekiem do Kurta Cobaina. Obaj smutni, długowłosi mężczyźni, zniechęceni rzeczywistością, zmagający się z depresją, a jednocześnie tworzący niebywale kreatywną i energetyzującą sztukę. Obaj też fatalnie radzili sobie ze sławą, walczyli z wątpliwościami dotyczącymi ich wartości jako artystów i trwałości tworzonej przez nich sztuki.

Sprzeciwiał się wypranej z wartości post-modernistycznej prozie: „Wszyscy zgadzamy się co do tego, że żyjemy w ciemnych, głupich czasach, ale czu potrzebujemy fikcji, która nie robi nic poza podkreślaniem jak ciemne i głupie jest wszystko?” Stawiał sobie inny cel: „Fikcja opisuje to co czyni nas cholernymi ludźmi. Moja fikcja ma pomóc rozpędzić samotność jaką czytelnicy czują w swych wnętrzach.”

 

Był olbrzymim talentem, naszym najlepszym pisarzem retorycznym.” Jonathan Franzen

Książka zaczyna się tak:

„Siedzę w biurze, otoczony głowami i ciałami. Moja postawa jest w świadomy sposób dostosowana do kształtu twardego krzesła. To zimny pokój administracji uniwersytetu, wyłożony drewnem, obwieszony Remingtonami, zabezpieczony podwójnymi szybami przed listopadowym skwarem, broniony przed administracyjnymi dźwiękami zewnętrzną recepcją, w której Wujek Charles, pan deLint i ja zostaliśmy przyjęci.

Jestem tutaj.

Trzy twarze znalazły swoje miejsca ponad letnimi kurtkami sportowymi i pół-Windsorami, za wypolerowanym, sosnowym stołem konferencyjnym, błyszczącym pajęczymi odbłyskami światła Arizony w południe. To trzej rektorzy – Przyjęć, Spraw Akademickich, Spraw Sportowych. Nie wiem, która twarz należy do kogo.

Wierzę, że robię neutralne wrażenie, może nawet przyjemne, choć pouczano mnie, by skłaniać się raczej ku neutralności i nie podejmować prób przybrania czegoś co uważałbym za przyjazny wyraz twarzy lub uśmiech.

Oddałem się, mam nadzieję starannemu, skrzyżowaniu nóg. Kostka na kolanie, ręce razem na udach okrytych szortami. Moje palce sparowane są w lustrzaną serię czegoś co opisałbym jako literę X. Personel pokoju rekrutacyjnego obejmuje również: uniwersyteckiego Dyrektora Kompozycji, uczelnianego trenera tenisa i prorektora uniwerku, pana A. deLinta. C.T. jest koło mnie. Pozostali odpowiednio: siedzi, stoi, stoi, na peryferiach mojego widzenia. Trener tenisa żongluje drobniakami w kieszeni. W pokoju unosi się woń mająca coś wspólnego z trawieniem. Wysoko-przyczepne podeszwy moich obowiązkowych tenisówek Nike'a spoczywają równolegle do drżących kapci pół-brata mojej mamy, będącego tu w roli dyrektora, siedzącego na krześle z mojej, jak mam nadzieję, prawej strony, twarzą do rektorów.”

Jeżeli uda mi się znaleźć na to pieniądze, ściągne to cudo do naszego kraju. A zrobię wszystko, by tak się stało.

Zachęcam też do odwiedzenia mnie na google+ i na  Facebooku.

Komentarze:

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Please type the characters of this captcha image in the input box

Please type the characters of this captcha image in the input box