Jerzy Pilch

Pilch od zawsze mieszkał w moim rodzinnym domu. Jego cotygodniowy felieton w „Polityce” był ważnym wydarzeniem, w rozkładzie życiowym mojego ojca. Po półkach biblioteki poniewierały się jego książki. Jakimś jednak cudem udało mi się uchować od głębszego kontaktu z jego prozą. Tj. owszem, felietony często tak, – choć nieraz dla mnie zbyt zjadliwe i preferowanymi przeze mnie felietonistami byli Stomma czy choćby Tym – ale powieści już nie.

W ostatnich dniach, nie wychodząc za dużo z domu, kurując się po turniejowym stłuczeniu żeber… postanowiłem to zmienić. Wyprawiłem się na półkę, gdzie królują literaci spod litery „P”, w swojej domowej bibliotece i odkryłem, że posiadam „Bezpowrotnie utraconą leworęczność”, „Pod mocnym aniołem” i „Miasto utrapienia” – wszystkie haniebnie uprowadzone z domu rodzinnego, w roku wyprowadzki, 2009.

 

Systematyczna lektura

 

Kolejność lektury przyjąłem chronologiczną. Zacząłem od „Leworęczności”, a skończyłem na „Mieście”. Po upływie siedmiu dni, Pilch był wchłonięty, a żebra na powrót umożliwiają normalne oddychanie.

 

I co ja o tym Pilchu myślę?

Cóż, jeżeli ktoś Pilcha lubi, to najcięższe razy, jakie mógłbym tu wymierzyć nic w tym fakcie nie zmienią. Podobnie, najsłodsze nawet pochwały nie nawrócą anty-pilchistów na drogę pochwały wielkorotnie złożonego Pilch-zdania. Piszę dla tych, którzy nie mieli jeszcze przyjemności, a po prawdzie piszę, żeby sobie własne myślenie o Pilchu poukładać.

Po pierwsze pisze on dobrze. Styl jest tak charakterystyczny, że połapalibyśmy się, że to Pilchowe pisanie, nawet jakbyśmy na jego zdania trafili w podręczniku do fizyki.

Po drugie fabuły tam za grosz. Jest jakaś fabuło-próba w „Mieście utrapienia”, ale nie przesadzajmy – to taka fabuła jako wymówka do dygresji.

Po trzecie: forma i styl sprawdza się bezbłędnie w felietonach, a w powieści może mniej.

 

Czy jednak Pilcho-forma przeszkadza? Jeżeli lubimy jego styl, to nie za bardzo. Co więcej… żeby lubić jego pisanie, musimy jego, jako narratora polubić. Jeżeli pesymizm, ironia, zjadliwe poczucie humoru i miłość do literatury oraz gorzkiej żołądkowej są nam bliskie, pokochamy Jerzego. Jeżeli nie… może być trudniej.

 

Pilch, Miller i Bukowski

Pilch, choć pewnie nie przyjąłby tego porównania dobrze, jest pisarzem rasy Henry Millera, Charlesa Bukowskiego czy Jean Geneta. Fabuły brak, natomiast osobowość pisarza wali z każdej linijki. Millera uwielbiam, Bukowskiego kiedyś czciłem, a dziś bardzo lubię… a Pilcha nie. Tj. jako człowieka-narratora, nie jako pisarza. Jako pisarza cenię, lubię i podziwiam. Innymi słowy wyprawa w świat myśli i przeżyć pana Pilcha, sięgnięcie po Pilchowy pryzmat, przez który widzi on rzeczywistość, to nie jest spełnienie moich marzeń, ale język którym to opisuje… wszystko nadrabia.

 

Podsumowując tą impresyjną analizę/recenzję twórczości naszego najbardziej docenianego obecnie pisarza: miałem dużą, dużą frajdę czytając jego książki, natomiast wcale nie jestem przekonany czy tak szybko sięgnę po jego kolejne dzieła. Chyba mam już dość alkoholizmu, tęskno-miłości i pesyironii – może po prostu przedawkowałem?

Bukowski pił, ale na świat patrzył z pełną rezygnacji akceptacją. Cieszyły go kiełbaski z jajecznicą. Pilchowy narrator szuka zbawienia w kobietach, a kobiety… nie są od mesjaszowania, jak mi się zdaje. Żeby całość jednym słowem: męczył mnie ten narrator, ale język zachwycał, cieszył i bawił. Voila!

Zachęcam też do odwiedzenia mnie na google+ i na  Facebooku.

 

Komentarze:

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Please type the characters of this captcha image in the input box

Please type the characters of this captcha image in the input box