Kadafi

Jakoś tak się stało, że znowu kogoś bombardujemy (my = zachód, NATO, UE). Kiedyś to była Serbia, potem Afganistan, w międzyczasie zdobyliśmy Irak, a teraz bombardujemy Libię. Nie mówię, że to bardzo źle – Kadafi nie jest prawdopodobnie „pasterzem o czystym sercu”, – jednak warto się zastanowić czy stosunki międzynarodowe nie są bardziej skomplikowane niż „źli chcą zaszkodzić dobrym”.

Bomby są fajne

Weźmy chociaż taką Serbię. Według danych zdecydowana większość ludobójstwa Albańczyków w Kosowie nastąpiła już po rozpoczęciu bombardowań NATO. W obliczu zagrożenia Milosevic przeszedł ze środków akceptowalnych na drastyczne. Samo Kosowo zresztą to obszar historycznie serbski i jeszcze dziesięć lat temu zamieszkany w olbrzymiej większości przez Serbów. Dopiero niedawno proporcje te zaczęły się odwracać i… jak tylko Albańczyków zrobiło się więcej (Serbowie masowo uciekali z tych terenów ze względu na koszmarny poziom przestępczości), pojawił się pomysł stworzenia oddzielnego państwa. Absolutnie nie uważam, że Milosevic to pozytywna postać, być może naloty były potrzebne… nie wiem… Faktem jednak jest, że nie są to rzeczy, o których słyszymy w mediach. Jako nastolatek, w czasie nalotów w Serbii dobrze pamiętam, że przedstawiano to jako humanitarną akcję, ratującą niewinnych Albańczyków przed krwiożerczymi Serbami. Sytuacja naprawdę była bardziej złożona.

 

Afganistan. To już w ogóle absurdalna sytuacja. Tak, pamiętam 11-ty września i wiem jak „urocze” poglądy na życie i stosunek do kobiet mają Talibowie. Jednak… jakoś nikomu nie przeszkadzali, dopóki nie padło podejrzenie, że chowa się u nich Osama bin Laden. Przyjrzyjmy się tygodniom poprzedzającym amerykańską (oraz naszą) inwazję. USA wystosowało notę do rządu Talibów w Kabulu z rządaniem wydania Osamy. Rząd w Kabulu – dodajmy, że suwerenny i w jakimś sensie reprezentujący poglądy większości (lub blisko połowy) mieszkańców Afganistanu odpowiedział w następujący sposób: „Nie wiemy czy przebywa u nas Osama bin Laden. Jeżeli przedstawicie nam dowody jego winy, rozpoczniemy poszukiwania. Jestesmy gotowi na współpracę w tej kwestii.” Rozsądnie? Całkiem rozsądnie. Domaganie się ekstradycji wymaga przedstawienia dowodów winy, to klasyczna praktyka. USA jednak tak nie uważało. Wystosowano ultimatum: albo go wydajecie albo wkraczamy. I oczywiście wkroczyliśmy. Osamy nie złapano.

Irak. O Iraku to już w ogóle szkoda gadać. Francuzi sprzedawali Saddamowi broń, połowa Europy z nim handlowała. W latach osiemdziesiątych bezprawnie napadł na Iran i przez długie lata prowadził z nim krwawą, okrutną wojnę. Zachód nie lubił Chomeiniego, więc nie było problemu. Także w latach osiemdziesiątych Saddam gazował Kurdów i mordował plemiona zamieszkujące słynne domy trzcinowe na wodzie. Nikomu to nie przeszkadzało. Dopiero, gdy zajął pola naftowe w Kuwejcie ktoś się pofatygował. I nawet wtedy, po zwycięskiej wojnie, w której Amerykanie stracili – uwaga! – 71 żołnierzy, przy stratach Irakijczyków, sięgających ponad stu tysięcy zabitych, pozostał na stanowisku. Dopiero gdy ceny ropy powędrowały w górę, któś na nowo się Irakiem zainteresował (a 11-ty września gwarantował poparcie amerykańskiego społeczeństwa). Broni chemicznej nigdy nie znaleziono. Co więcej Saddam udostępnił całe swoje terytorium inspektorom ONZ! Dodajmy, że organizacja ta sprzeciwiła się interwencji i wobec zasad prawa międzynarodowego była ona i jest bezprawna.
(Jako ciekawostkę polecam wpisanie "Iraq" w wyszukiwarce obrazów Google, żeby przekonać się jak długo trwa już ta wojna i jak powoli przyzwyczajamy się do myśli, że tam po prostu się walczy)

Bomby nadal są fajne

I wreszcie dochodzimy do Libii. Podobnie jak w Afganistanie, gdzie popieranie Talibów związane jest z przynależnością do klanów czy Iraku, gdzie Saddama popierali Sunnici przeciw Szyitom, Libia jest mocno podzielona – klanowo i geograficznie. Dzisiejsi „rebelianci”, to ludność przedwojennej Cyrenajki, a wierni Kadafiemu – zachód Libii – to dawne prowincje Imperium Osmańskiego: Trypolis i Fez (albo Tripolitania i Fezzan, w zależności od stosowanego nazewnictwa). Może i względy polityczne są istotne, ale jest to też rodzaj wojny domowej pomiędzy dwoma krajami, które włoska inwazja, a później międzynarodowe rezolucje złączyły w jedno. Popieramy jeden przeciw drugiemu, bo Kadafi robi kiepskie wrażenie. Dodajmy jednak, że okres jego najgorszej działalności miał miejsce lata przed interwencją (podobnie jak w przypadku Saddama). W ostatnich latach Kadafi był ulubieńcem zachodu, handlując z nim ropą, wypłacając odszkodowania za dawne zbrodnie itd. Oczywiście Kadafi nie jest pozytywną postacią i jego odejście, a także demokratyzacja Libii będą niezwykle pozytywnymi wydarzeniami, nie można jednak popierać ciemno jednych mieszkańców tego kraju przeciw drugim. Jak zwykle sytuacja znowu jest bardziej skomplikowana.

I tu zakończę mój amatorski esej z dziedziny polityki międzynarodowej (sam w sobie pełen uproszczeń). Myślę, że wszystkie dotychczasowe interwencje i chaos jaki po nich pozostał w wymienonych krajach, dowodzą, że ani razu nie wgryziono się w realną sytuację istniejącą w tych krajach. Przylepiono etykietki „zły”, „dobry” i zaczęto zrzucać bomby. Po przegranej „złego”, problem podziałów wcale nie znika, bo zwycięstwo jednej strony nie przekreśla istnienia drugiej.

Edycja 2012: Tekst był pisany na początku kwietnia 2011, jak się cała historia skończyła wszyscy wiemy. Pozostaje trzymać kciuki za przyszłość Libii i… modlić się za Syrię (i to niezależnie od bycia wierzącym, bądź nie, bo samo trzymanie kciuków, to tam już raczej nie pomoże).

Zachęcam też do odwiedzenia mnie na google+ i na  Facebooku.

 

Komentarze:

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Please type the characters of this captcha image in the input box

Please type the characters of this captcha image in the input box