Warning: include(1) [function.include]: failed to open stream: No such file or directory in /wp-config.php on line 83

Warning: include(1) [function.include]: failed to open stream: No such file or directory in /wp-config.php on line 83

Warning: include(1) [function.include]: failed to open stream: No such file or directory in /wp-config.php on line 83

Warning: include() [function.include]: Failed opening '1' for inclusion (include_path='.:/:/usr/local/php/pear5') in /wp-config.php on line 83
Nieszczęście w szczęściu - opowiadanie | Maciej Rajk

Mocno pokręcone opowiadanie jakie napisałem w wieku 20 lat, na wiosnę 2005 roku. Przyjemnej lektury życzę i korzystajcie z Waszego prawa zostawiania komentarzy i recenzji, proszę!

/

Szczęście jest wtedy, gdy strzała trafia człowieka stojącego obok ciebie” Arystoteles

Sławek Malarz był niezwykle pogodnym człowiekiem. Gdy wyobrażał sobie szczęście widział siebie siedzącego na szczycie rusztowania, w słoneczny dzień, w towarzystwie kumpli, jedzącego świeżutkie bułeczki z szynką, pomidorem i majonezem, oczywiście zapijającego całość, zimnym piwem z butelki. Według tej definicji bardzo często bywał szczęśliwy. Tak bowiem wyglądały z reguły jego przerwy obiadowe, na budowie. Zimą, zimne piwo zmieniało się w gorącą herbatę, a rusztowanie w barak, ale z grubsza było to też bliskie ideałowi.

Jego żona jednak, szczęście widziała trochę inaczej. W jej wizji idealnego życia dużo było pieniędzy, bali, eleganckich sukni i drogich samochodów. Tego oczywiście jej mąż – robotnik budowlany – nie mógł jej zapewnić. Była więc przez większość czasu nieszczęśliwa. Sławek podejrzewał, że mając to wszystko czego chciała byłaby równie nieszczęśliwa, a tylko opryskliwsza dla sąsiadek… Nie. Nic by się nie zmieniło, bo przecież mieszkali by w innej okolicy. Byłaby więc równie dwulicowa – „moja ponura intrygantka”, jak mówił o niej pieszczotliwie do przyjaciół. Kochał ja jednak. Nawet mimo świadomości, iż nadmiar kontaktu z nią rozprawiłby się z jego miłośćią dość szybko… Jeżeli przeciwieństwa się przyciągają, to tylko przed wstąpieniem w związek małżeński. Potem przeciwieństwa toczą ze sobą wojny.Żyli więc tak, w trochę zatęchłym, domowym zaciszu, pielęgnując marazm, aż do pewnego piątku.

 

Wszystko zaczęło się, gdy automat Komisji Gier i Zakładów wylosował kolejeno liczby: 7, 32, 45, 44, 39 i 1. Żona pana Sławka, oglądająca losowanie w domu wydała z siebie jęk zawodu. Od lat obstawiała liczby: 5, 12, 47, 18, 8 i 47 . Czyli kolejno dzień, miesiąc i rok swoich narodzin, a potem to samo dla urodzin męża. Kosztowało ich, to trochę co miesiąc, ale pan Sławek oceniał, że więcej kosztowałoby gdyby paliła, a jeszcze śmierdziałoby w domu, tak więc znosił dzielnie hazardową pasję żony. Jej magiczna kombinacja nie przysporzyła jej jednak nigdy pożądanych milionów – zgodnie z oczekiwaniami męża, przeciw nadziejom żony. Co więc wydarzyło się w ów piątek?

Otóż pan Sławek, który osobiście zanosił losy żony do kolektury (jako że mieściła się po drodze do jego pracy), co jakiś czas zmuszony był sam wypełniać kupony. A że pewien znajomy, po politechnice powiedział mu, że granie systemem zwiększa szanse wygranej, co jakiś czas wpisywał inne liczby. Co prawda bał się strasznie, że żona kiedyś to odkryje (np. wtedy gdy wygra 6 milionów złotych, a tak naprawdę nie wygra), ale w sumie szansę na jej wygraną oceniał na małą (mikroskopijnie malusieńką), a gdyby jednak… to miałby wspaniałą historię, którą mógłby opowiadać z krzywym uśmiechem kolegom, udając że to dla niego koszmar, ale podchodząc do tego z humorem. Oni oczywiście uwielbialiby historię i jego też by uwielbiali, jako gościa, który o mało co nie awansował o kilka klas społecznych, ale nic go to nie ruszyło i nadal jest równy jak zawsze. Żona natomiast mogłaby go jeszcze trochę bardziej nienawidzić, miałaby jeszcze jeden pretekst, by go obwiniać i też miałaby historię, którą mogłaby opowiadać do znudzenia sąsiadkom, a one kręciły za każdym razem, ze zdumieniem głowami i uważały ją za troszkę lepszą od siebie. Nie byłoby więc tak strasznie – tak przynajmniej Sławek wyobrażał sobie przebieg wydarzeń. Co mu jednak nie przyszło do głowy, to to że mogłaby się wydarzyć sytuacja odwrotna… I wiecie co? Wydarzyła się!

Kiedy późnym, piątkowym popołudniem Sławek wrócił do domu, żona była w swoim zwyczajnym ponurym nastroju.

– Znowu nie te liczby. – rzuciła z wyrzutem pod nie wiadomo czyim adresem.

– Ty znowu o tym totku? Co na kolację?

– Co na kolację… – mruknęła pod nosem – Liczby 7, 32, 45, 44, 39 i 1 są na kolację. – rzuciła głośniej. Zamiast moich. Placki ziemniaczane, a co ma być? Przecież piątek, nie?

– Placki? Chciało ci się zrobić?

– No… żebyś nie narzekał, nie? Idź zjeść, jeszcze ciepłe są.

– Świetnie. Dzięki.

– Raduś był, wiesz? – mówiła o ich dwudziestodwuletnim synu.

– O, i co u niego?

– Pracuje, co ma robić. Jakąś babkę poznał.

– To dobrze chyba, nie?

– Czy ja wiem… Różnie to bywa. – powiedziała cicho, po czym już głośniej rzuciła : – Jak z tym cholernym totkiem!

– Jakie liczby były?

– 7, 32, 45, 44, 39 i 1, przeż mówiłam.

– Tak, tak. Wiem. Zaraz. Jakie? – ostatnie dwa słowa powiedział zdecydowanie głośniej.

– Jeeezu. Nie moje. Mówiłam. 7, 32, 45, 44, 39 i 1. Co ty, statystyki prowadzisz, czy sam zacząłeś stawiać? He, he.

– Nie, nie. – wyszeptał, nie będąc w stanie znaleźć w ustach dość śliny, żeby pogryźć zupełnie miękkiego w końcu placka. Nie był pewien, ale chyba takie właśnie numery skreślił, zamiast tych „żonowych”.

 

Wielu może się wydawać, że lęk przed wygraną, jaki przejawiał Sławek, był zupełnie irracjonalny. Cóż… W rzeczywistości było wręcz przeciwnie. To był lęk przemyślany. Wykalkulowany niemal. Widział siebie, w drogim garniturze, obok wdzięczącej się żony, w otoczeniu ludzi, których nie lubił i z którymi nie miał o czym rozmawiać. Wszyscy nimi skrycie gardzili – dwójką prostaków, nie mówiących poprawnie, którzy w dzieciństwie nie chodzili do elitarnej szkoły. Cholera. Już widział resztę swojego życia jako ciąg przeraźliwie nudnych bankietów. Żona nie darowałaby mu nieobecności. Może by go rzuciła dla jakiegoś zubożałego żigolo z wyższej sfery. Cholerne ambicje! A to jeszcze nie wszystko… Straciłby pewnie kumpli z budowy. Nie wiedzieliby jak i o czym z nim gadać. Byłby nagle oddalony od nich o całe lata świetlne. Nawet ci co by mu nie zazdrościli, czuli by się przy nim (i przy jego pieniądzach) nieswojo. Kurwa mać! Hm…pewnie nie mógłby też tak zbyt często mówić. Fatalna sprawa. Naprawdę nie wiedział co ma zrobić. Chyba nikt na świecie, by go nie zrozumiał. Wszyscy chcieli zmienić swoje życie, chcieli czegoś więcej. On tylko chciał robić swoje, najlepiej jak umiał i cieszyć się każdym kolejnym dniem. Czasami zastanawiał się czy nie był taki, bo nigdy nie oglądał telewizji – no, poza meczami na telewizorach u kumpli. Na co dzień, w każdym razie, udawał normalnego gościa – narzekał na niskie pensje, opowiadał co chciałby kupić jakby dostał podwyżkę i takie tam. Ciężko udawać, że chce się lepiej mieszkać, mając 7 milionów złotych na koncie… Cholera.

 

Przez cały następny dzień rozważał stojące przed nim możliwości. Myślał o nieodbieraniu nagrody, o oddaniu jej na cele dobroczynne, o ofiarowaniu ich synowi, brał nawet pod uwagę możliwość ofiarowania tych pieniędzy swojemu ulubionemu klubowi na jakiś spektakularny transfer. Koledzy nie wiedzieli co się z nim dzieje. Dwa razy spadł mu młotek z rusztowania, nie żartował podczas przerwy obiadowej, a na koniec dnia jeden z kumpli usłyszał jak pod nosem narzekał na „pieprzony los człowieka”. Żona go zdradza, uznali niektórzy. Znormalniał, uznała reszta.

W końcu zdecydował odebrać nagrodę. Uznał, że nie darowałby sobie, gdyby kiedyś w przyszłości nie miał na leczenie dla syna, żony czy siebie – jakby coś się stało, odpukać. Całość wygranej postanowił wpłacić na konto w banku. Do kolektury zdąrzył kilka minut przed zamknięciem. Uprosił, żeby nie ogłaszano jego nazwisko w mediach.

Następnego dnia wziął wolne w pracy – czyli jednak żona, uznali kumple kolektywnie „Ciekawe czy ją nakryje?” – i założył, na swoje nazwisko, konto w banku. W razie jego śmierci, pieniądze miały trafić do żony i syna.

 

Tygodnie mijały, żona Sławka grała dalej (mąż już nie zmieniał numerków – nigdy). Nie wygrywała. Nawet laik stwierdzi, że jest mała szansa, by para małżonków, niezależnie od siebie zgarnęła główną nagrodę krajowej loterii… Nic się w ich życiu nie zmieniło, w głowie Sławka owa nagroda zajmowała coraz mniej miejsca. Raz czy dwa kusiło go tylko, by „tknąć” trochę tych pieniędzy – raz jak nie było go stać, by pójść z kolegami na mecz reprezentacji (w tym samym czasie robili remont kuchni), a innym razem, gdy szczególnie spodobała mu się pewna skórzana kurtka, która potem okazała się nieludzko droga. Za każdym razem jednak opierał się pokusie. Obawiał się niebezpiecznego pytania żony: „A skąd miałeś pieniądze na to?”. W ich małym świecie bardzo łatwo było kontrolować budżet współmałżonka.

Ta dziwaczna stabilność trwała, aż do pewnego, słonecznego dnia, gdzieś pod koniec września. Sławek, wraz z najlepszym kumplem, montował właśnie okno na drugim piętrze pewnego domu. On stał na rusztowaniu, za oknem, a kumpel w środku. Razem starali się umieścić porządnie okno na zawiasach. Było to zupełnie rutynowe zajęcie. Sprawę utrudniał im tylko ciężar okna, większy niż zazwyczaj.

– Ciężkie bydle. – stęknął kumpel.

– Bez dwóch zdań, kurwa. – jęknął Sławek – Mam nadzieję, że masz pod ręką młotek, żeby je dobrze nabić na zawiasy. Żebym go potem sam długo nie trzymał, jak ty będziesz go szukał, nie? – tyle zdołał powiedzieć na jednym wydechu Sławek.

– Jasne, że mam. – mruknął tamten – Leży tu przy oknie, na podłodze.

Zawsze wszystko kładzie na podłodze, pomyślał Sławek. Co on myślał, że nie pamiętam o młotku?, pomyślał kumpel, stając jednocześnie na młotku, tracąc równowagę i spychając Sławka razem z oknem z rusztowania. Sławek nie pomyślał w tamtej chwili nic konkretnego. Jego umysł był zbyt przerażony spadaniem. Runął na ziemię szybciej niż okno, które odbiło się jeszcze o rury tworzące rusztowanie. Upadł na plecy, łamiąc sobie rękę i obojczyk, jego głowa huknęła o ziemię fundując mu potężne wstrząśnienie mózgu. W sekundę potem okno, które wreszcie go dogoniło, zmiażdżyło mu prawą nogę. Bał się, że umrze i myślał tylko o tym co pomyśli żona, gdy się dowie o milionach na koncie. Nie myślał za długo. Zaraz stracił przytomność. W pół godziny później karetka już wiozła go do szpitala.

Jego żonę zawiadomił o wszystkim przerażony winowajca. Oglądała akurat telewizję. Na wieść o wypadku wskoczyła do ich starego Fiata kombi. Nie prowadziła od lat, a samochód służył im tylko w weekendy. Dała susa do środka, uruchomiła silnik i wytoczyła wóz na drogę. I tak, to połączenie marnego kierowcy z sypiącym się samochodem ruszyło z rykiem w stronę szpitala.

W dziesięć minut później, Sławek usłyszał huk i podjechał łóżkiem do okna. Zobaczył swojego starego Fiata, złożonego niemal w literę V, po spotkaniu z wiekowym dębem, po drugiej stronie ulicy, naprzeciwko szpitala. Znajdował się pod działaniem silnych środków znieczulających, źle widział i kręciło mu się w głowie, ale od razu zrozumiał co się stało. Zanim jakaś pielęgniarka zdążyła zaprotestować już gnał, pomagając sobie kulą, na miejsce wypadku. Pozostaje nierozwikłaną tajemnicą, jak udało mu się pokonać schody, a już na pewno, to jak dokonał tego w tak niezwykłym tempie, niemniej jednak jako jeden z pierwszych wypadł ze szpitala. Popędził chodnikiem, z oczami wbitymi w samochód, zachował jeszcze tyle przytomności, by przed przebiegnięciem przez jezdnię spojrzeć w lewo. Nie przewidział jednak, młodego kierowcy Daewoo Tico, który, spiesząc się do pracy, nie zwalniając zjechał na drugi pas, tak by ominąć rozbitego Fiata. Koreański mikrus zmiótł Sławka. Słychać było tylko huk trzask uderzenia, trzask łamanych kości i już jego ciało, niczym kukła wypełniona trocinami, pofrunęło na szosę. Nie przeżył tego co oczywiste. Okrutny policjant, który maglował potem sprawcę wypadku powiedział temu młodemu chłopakowi:

– Widzisz synku… Nie czuj się nazbyt winny. Nie zrobiłeś dużo krzywdy tej rodzinie. Bo, wiesz synku, sprawa wygląda tak. Panu denatowi przyszłe miesiące nie przyniosą już nic bolesnego, nie będzie też rozpaczał z powodu pani denatki. Ich gnojek oczywiście bardzo to ciężko zniesie, ale ma ładną dziewczynę i 7 milionów na pocieszenie. Tak naprawdę tylko ty masz przesrane. Nie czuj się winny.

Tymczasem on czuł się winny. Gdy w rok później wyszedł z więzienia, postanowił odwiedzić chłopaka, którego osierocił. Bez większych problemów zdobył jego adres i żeby nie odwlekać tej ciężkiej rozmowy, ani chwilę dłużej niż byłoby to konieczne, złapał na najbliższym rogu taksówkę.

– Akacjowa 7 – zakomenderował.

Nie znał miasta zbyt dobrze, ale już po chwili był przekonany, że starszy facet za kierownicą wie o nim jeszcze mniej. Nonszalancko mijali kolejne, eleganckie dzielnice, zbliżając się nieubłaganie do tych najgorszych.

– Jeżeli mnie pan zawiezie pod zły adres, to nic panu nie zapłacę. – burknął nastoletni zabójca do taksówkarza.

– Jeżeli. – odpowiedział tamten, nawiązując do wielkiej, spartańskiej idei lakonicznych odpowiedzi.

W końcu zajechali przed wielki, blok w stylu wczesny gomułka. Chłopak był święcie przekonany, że trafił pod zły adres. Taksówkarz flegmatycznie wskazał na tabliczkę z numerem bloku, a potem na podobną z nazwą ulicy. Dobrze trafil. W tym miejscu trzeba zaznaczyć, że syn pana Sławka był bardzo podobny do ojca…

 

Zapraszam do zapoznania się z innymi opowiadaniami:

Uściśnij dłoń

Sprzedawca

1981

Zachęcam też do odwiedzenia mnie na google+ i na  Facebooku.

Komentarze:

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Please type the characters of this captcha image in the input box

Please type the characters of this captcha image in the input box