Kupiłem ostatnio płytkę DVD z koncertem Nirvany z Reading (sierpień 1992). Koncert nagrany niecałe dwadzieścia miesięcy przed samobójstwem Kurta Cobaina, a dwanaście dni po narodzinach jego córki – Frances.

Koncert jest świetny, pełen energii i… zabawny Kwintesencja muzyki grunge.. Kurt Cobain wjeżdża na scenę na wózku inwalidzkim – komentując w ten sposób doniesienia prasy o tym, że zespół ma się rozpaść ze względu na jego problemy ze zdrowiem. Próbuje wstać, chwilę śpiewa, a potem ze śmiechem upada na scenę. Pierwsze kawałki gra ubrany w szpitalny fartuch. Później także atmosfera się nie zmienia, Cobain regularnie nabija się ze swojego basisty albo wpuszcza go w maliny: „A teraz Krist opowie wam dowcip!”

Grunge – poczucie humoru

(co ten czyni, opowiadając żenujący dowcip w stylu „przychodzi baba do lekarza”). Albo moment, w którym zaczynają Smells Like a Teen Spirit, Krist Novoselic dla jaj zaczyna grać More Than a Feeling zespołu Boston (zwróćcie kiedyś uwagę jak niezwykle podobne akordy mają te dwa utwory!), Cobain i Grohl natychmiast podchwytują pomysł i przez trzydzieści sekund grają (świetnie!) ten właśnie kawałek, do chwili gdy Cobain płynnie przechodzi w akordy SLaTS i zespół rusza na pełnym tempie w ten utwór.

Oglądałem to szeroko się uśmiechając – trochę z sentymentu, przyznaję, ale przede wszystkim dlatego, że czuć jak wyluzowani ludzie są na scenie (wliczając w to dziwnego chłopaka, który przez cały koncert miota się pomiędzy członkami zespołu w ekstatycznym tańcu – podobno nazywał się Tommy…)

Nirvana = zaangażowanie

Nie znam wielu zespołów tak zaangażowanych w swoją muzykę, a jednocześnie mających dystans do samych siebie. Kiedy porówna się ich z Arctic Monkeys, Oasis czy naszymi lokalnymi tuzami, którzy wszyscy uważają się za wcielenie Johna Lennona i Mozarta, jest to niezwykle ożywcze. „Hej, ci goście nie uważają się za bogów rock n’ rolla!” Podobne wrażenia miałem tylko oglądając ostatnio koncert Radiohead w Poznaniu.

Oglądając frajdę jaką sprawiało im granie, nie chce się wierzyć, że od tamtego dnia nie przetrwali nawet dwóch lat. Trzy miesiące później nagrali najlepszy (nie najsłynniejszy, najlepszy) album: In Utero. Potem był jeszcze album Unplugged i tyle. Koniec historii.

PS Zachęcam też do odwiedzenia mnie na google+ i na  Facebooku.

 

Komentarze:

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Please type the characters of this captcha image in the input box

Please type the characters of this captcha image in the input box