niska szkodliwość czynu

Odejście z pracy dobrze wpływa na kreatywność. Przejedzony, w przerwie między śniadaniem a obiadem popełniłem takie o to właśnie opowiadanie. Co zabawne, oparte jest na prawdziwej historii, o jakiej przeczytałem pół roku temu w Gazecie Wyborczej. Charaktery, osobowości, imiona, miejscowość – wszystko jest zmienione (a raczej wymyślone, bo w Wyborczej, to była krótka notka). To opowiadanie o polskim uporze, poszanowaniu zmarłych i prawnych absurdach. Miłej lektury!

– A niech go dunder świśnie, krew jasna zaleje, Bozia pokaże!

– Matka się nie denerwuje…

– A żeby se brwi zesmażył tymi lampkami, dzieci poparzył!

– Matka się nie wygłupia, bo drugi raz matki na pogotowie wieść nie będę.

– Żeby Lucuś żył jeszcze, Boże, ty mój…

– Żeby tata żył, to by mu nikt z grobu zniczy nie kradł – zasugerował Janek.

– A skąd wiecie, że je w ogóle kradną? – włączyła się Jadzia, siostra Janka.

– No proszę cię, córuś, raz to może być wiatr, dwa razy jeszcze w coś innego uwierzę, ale CZTERY! Jak nic jakiś jełop z lepką łapką!

– Matka się nie denerwuje, do cholery jasnej! Jak matka znowu zawału dostanie, to matce takie ciry spuszczę, że…

– Matkę rodzoną będziesz bił?! – oburzyła się pani Renata.

– No przeż nie chcę, jeno dla matki dobra…

– Uspokójcie się jedno z drugim! – wydarła się Jadzia.

– Słusznie, słusznie – poparła pani Renia.

Przetarła szmatą płytę nagrobka. Zeskrobała smugę ptasiego gówienka, zaschłą pomiędzy datą narodzin i śmierci pana Lucjana. 1947-2003.

– Dziesięć lat, jak ten czas leci! – jęknęła.

Janek krążył niespokojny wokół płyty.

– No żadnych śladów po psim synie nie ma!

– A jakie ty byś chciał ślady, Sherlocku? Odcisku stóp od grobu do jego domu? – sarknęła Jadzia.

– Nie wiem… Ale byś się nie naigrywała, a też pomogła.

 

Po gruntownym oczyszczeniu grobu, rodzina ruszyła z powrotem do domu. Ich gospodarswo znajdowało się raptem pół kilometra od cmentarza. Tym bardziej bolał fakt, że jakiś cham sprzed nosa ich tacie światełka zabiera. Przecież nie po to jeździli Pekaesem do Biedy co niedzielę, żeby już we wtorek obserwować puste miejsce po zniczu na grobowej płycie.

– Ktoż to w ogóle widział groby okradać? – denerwowała się Jadzia.

– Takie czasy, takie podłe czasy… – wzdychała pani Renata.

– Matka się uspokoi!

– A sam się uspokój tłumoku!

 

Gospodarstwo prowadzili w czwórkę. Pani Renata, córka Jadzia z mężem i Janek, co sobie żony jakoś nie potrafił znaleźć. Dzieci miały się przenosić na swoje, ale odkąd pan Lucjan zmarł jakoś nie mogły mamy samej zostawić. Samiutka na pięciu hektarach? Z trzema tuzinami krów? I tak to trwało.

 

– A może by tak przykleić je jakim butaprenem, co? – zasugerował Janek.

– Oszalałeś?! – zirytowała się pani Renata. – Trzy emerytury po ojcu na tą płytę poszły, a ty ją chcesz ubabrać i wypalić jakąś niemiecką chemią?!

– Matka się nie denerwuje…

– JAK JA SIĘ MAM Z WAMI NIE DENERWOWAĆ?!!

Jadzia pobiegła po wodę i po zimny okład.

 

Niska szkodliwość społeczna czynu – pani Halinka

 

Trzy razy szli na policję i trzy razy ich wyśmiewali.

– Znicze?! Droga pani… Ja tu trzech samochodów i gwałciciela szukam. I zaginionej sześciolatki. Ja mam to wszystko rzucić i pani zniczy szukać?

– No ale to cztery razy…

– Złapię łobuza, podsumuję straty na ile? Trzydzieści złotych?

– No z pięćdziesiąt…

– Grosze! Niska szkodliwość społeczna czynu! Tydzień będę przy ziemy węszył, plastiki lizał, a potem wypuszczę typa zanim go dobrze przesłucham.

– Aż z was pożytek…

– Pani Renato!

– No już, już… Szukaj tych gwałcicieli samochodów swoich.

 

Koniec, końców zaczęli podpisywać swoje znicze, a potem szukać po innych grobach. Nawet do sąsiednich dwóch wsi się wyprawili, ale nic… Inicjały malowali, potem wycinali, a lampki jak ginęły tak ginąć nie przestały.

 

Na święto zmarłych pani Renata kupiła wielki znicz z papieżem i z Matką Boską.

– No tego to nie będzie miał serca zabrać! To już za poważne by było.

– Ja nie wiem, matka… – niepokoił się Janek. – To nie jest jakiś harcerzyk, co go sumienie kłujnie i zostawi większy.

– Też mi się nie wydaje – włączyła się Jadzia.

– No… – poparł żonę Arkadiusz. Nikt nie zwrócił na niego uwagi. Dobry był chłop, ale niezbyt lotny.

– Przynajmniej będzie łatwo znaleźć u kogoś jak zabierze! Na taki znicz to byle przybłędy nie stać! – ucięła pani Renia.

 

Na tym sprawa stanęła. Dla pewności rodzina zaangażowała jeszcze panią Halinę, co we wsi okna miała na cmentarz, co by pilnowała.

– Halinko droga, no chociaż tak raz na pół godziny rzuć okiem. Jak nie zobaczysz jak ciul zabiera to nic, ale chociaż będziemy wiedzieć kiedy.

– Oczywiście, oczywiście! – ucieszyła się nowym obowiązkiem. – Jakby tak ktoś mojemu Józiowi po śmierci… Nie ma słów, Reniu, nie ma słów!

 

W rezultacie rodzina pani Haliny przez tydzień nie zobaczyła nieprzypalonego kotleta. Stołek ustawiła, poduszkę położyła i przez tydzień nie odrywała oczu od okna. Od rana do nocy. Nawet do toalety pędziła biegiem i piła dużo kawy, żeby dużo czasu na tronie nie tracić.

– Zmarłemu święte światełko zabierać! Jeszcze tego brakowało!

 

Ósmego dnia znicz zniknął, a pani Halinka nic nie zauważyła.

– No pech nieziemski! – jęczała potem, tłumacząc się. – Bratowa zadzwoniła, gaduła piekielna, a mi kabel nie sięga do okna. No jak nic musiało być wtedy!

– Dobrze, dobrze… – uspakajała pani Renia. – Kochana jesteś, już mi się twoje dzieci żaliły jak to cię od okna nie można odciągnąć. Janek ci na kasetę nagrał ostatnie „M jak miłość” i „Ranczo”, sobie obejrzysz teraz spokojnie.

– Och! Bóg zapłać. Jak słowo daję, mogę dalej patrzeć!

– Nie, nie…

 

Niska szkodliwość społeczna czynu – technologio przybywaj

 

* Tydzień później *

– No już cholera by tą Warlińską trafiła! Mówi mi, żebyśmy sobie spokój dali!

– Matka się uspokoi!

– A może byśmy nie kupowali ojcu światełek? – zasugerowała nieśmiało Jadzia.

– Nie kupowali?! – wydarła się pani Renata, czerwieniejąc na twarzy. – Żeby mój mąż jedyny po ciemku leżał?! Jak jakieś bydle? Jak poganin?

– No już dobrze, dobrze… – jęknęła Jadzia. Od tej pory ani jej, ani jej męża nie dało się namówić na jakiekolwiek próby złapania złodzieja czy nawet poruszania tematu.

– Pół wsi nam mówi, żebyśmy sobie odpuścili – włączył się Janek.

– A ojciec by odpuścił?! Siedemnaście lat się z komunistami procesował, ale ziemi mu nie odebrali! Po upadku, mu chcieli traktor odebrać, że publiczny, dwa lata pisma pisał i zachował. Ojciec nie odpuszczał, to i my nie odpuścimy!

– Może jakby tak się nie zacietrzewiał to by tu z nami był jeszcze… – mruknął Janek.

– CO RZEŚ POWIEDZIAł?!!?

Janek czym prędzej wyszedł z pokoju. Po chwili namysłu ubrał się i ruszył na zewnątrz.

 

– Co za rodzina… – mruczał pod nosem. Ojciec zawzięta bestia, na zawał zszedł, matka już raz mało kity nie odwaliła… Wszystko musi być po ichniemu. Cztery razy narzeczone przedstawiał i cztery razy wydziedziczyć go chcieli.

– Za gruba!

– Za biedna!

– Ojciec pijak!

– Prawosławną?!

Nic się nie dało z nimi ugadać. Słowo kompromis, to dla nich znaczy kapitulacja. Zapiekłe twarde głowy, cholera jasna, by ich pokarało raz!

Sfrustrowany ruszył na przystanek PKS-u.

– W mieście się coś znajdzie – pomyślał. – Szlag już ten bilet na Jagielonię, jakiegoś detektywa matce wynajmę…

 

Na detektywa budżetu nie starczyło, ale koło rynku znalazł się sklep detektywistyczny.

– Znicze panu kradną?

– No, matce. Ojcu w sumie.

– Ojcu.

– No ojcu z grobu.

– Aaa…

– Nie „aaa” mi tu, tylko pan mi powie co tu zrobić.

– A kamerki kupić!

– Kamerki?

– I czujnik ruchu.

– O Jezu… A co mi to da?

– No frajer podejdzie, czujnik go obczai, kamerka się włączy, a pan se potem mędę obejrzy.

– I co? Będę go potem szukał po Polsce?

– Nie no, raz że pewnie morda znajoma się okaże, a dwa, to już na policję można z takim dowodem iść.

– I dużo to będzie?

– Trzysta złotych.

– O matko…

– Dużo?

– Za tyle to ja matce przez pół roku będę znicze kupował.

– No fakt… To dam panu inne kamerki. Tylko, że te krócej kręcą. Na godzinę pamięci i baterii starcza.

– Niech będzie.

 

Po powrocie do domu Janek sprzedał swój plan rodzinie.

– Ile rześ wydał na to niemoto ciemny?!

– Ojcu, matka żałuje?!

– No już dobrze, dobrze…

– No!

– To do roboty teraz, na co czekamy?

Kamerki z czujnikiem ruchu ukryli w ciężkiej doniczce, postawili nowe znicze i poszli do domu.

 

Na drugi dzień ku swej wielkiej radości odkryli zniknięcie znicza.

– Mamy go! Mamy go matka!

– Niech mi go dadzą teraz w moje ręce!

– Idę do Jarka, ma komputer, to u niego lepko-łapka obejrzę.

– Wszyscy idziemy! – zakomenderowała pani Renata.

– Ale oni mały dom…

– Wszyscy!

 

Zawód był ogromny.

– Co chwila wam zaczynało nagrywać – tłumaczył Jarek. – Na cmentarzy wypizdówek, wieje jak w żagle i co chwila ten wasz czujnik widzi ruch. No to kręci. I potem dupa, na złodzieja taśmy nie starczyło.

– Rześ hłam felerny, synek kupił!

– Matka!

– Rześ chińskie badziewie na ruskich bateriach do domu przyniósł!

– Matka!

– Jedziemy do tego twojego sklepu Dżejmsa Bonda i jak nam nie zwrócą kasy to im się nasze znicze przydzadzą!

– Matka! – protestował Janek. – Wstydu mi matka narobi!

Ale pojechali.

 

Niska szkodliwość społeczna czynu – drzwi i pies

 

W sklepie Janek myślał, że matka zawału znowu dostała. Tłukła pięścią w ladę aż spuchła na twarzy.

– Lucusiowi mojemu światło życia zabierają! W ciemności leży biedaczek, sam jak palec Boży!

– Pani się uspokoi, pani wymienię sprzęt.

– Co że mi pan wymieni chiński badziew na wietnamską tandetę?!

– Dżi-pi-es pani dam. Tylko dopłacić będzie trzeba.

– Jaki drzwi pies? Psa mi chcesz opylić?! Za frajerkę mnie masz? Zapchlić mi dom chcesz fujaro?

I wtedy właśnie jak się oparła o blat, to już Janek myślał, że sierotą mu się zostało i teraz dwa razy więcej zniczy mu będą kraść. Aż sam się słabo poczuł.

Sprzedawca pobiegł na zaplecze po szklankę wody.

– Pan uspokoi matkę. To taki wynalazek, że panu na komórkę wyśle powiadomienie, że obiekt zmienia położenie, a potem znowu jak się nie rusza. Co kwadrans sprawdza, gdzie się znajduje. W internecie na mapie panu pokaże.

– Aha…

– Ma pan internet?

– Jarek ma, se poradzimy.

– No dobrze. Jeszcze trzysta złotych potrzebuję.

– Ile?!

– No będzie mógł pan zwrócić jak nie wypali.

– A jak mi buchną?

– No jak panu buchną, to pan nie zwróci…

– To co mi tu pan?!?!

 

W końcu jednak wzięli ustrojstwo. Upierdliwe w użyciu było strasznie. Co sześć godzin trzeba było ładować baterię. Trzeba je było chować pod świecę, a potem czyścić z wosku. Trzeba je było suszyć jak się wody nalało, bo przestawało działać. Czuli się jakby sobie niemowlę zafundowali.

 

– Oj będzie mi musiał ojciec podziękować w niebie jak się spotkamy – narzekał Janek, zeskrobując wosk z ekranu GPS-a.

– Nie bluźnij!

 

Szóstego dnia ich upór został jednak wynagrodzony.

– Semesa dostałam synek! – wydarła się pani Renata w środku nocy.

– Matka się tak nie drze…

– Nic dziwnego, że Halinka suczka nie mogła zobaczyć, jak sobie w nocy poluje! Puszczyk, przeklęty!

– Matka się uspokoi, idę do Jarka zobaczyć, gdzie na to wiezie.

– Jezu, żeby tylko nie zamokło… – jęknęła.

 

Nie zamokło, a czerwony punkcik na mapie, świecił radośnie we wsi, dziesięć kilometrów od cmentarza.

– Mamy pożyczalskiego! – ucieszył się Janek.

Jarek szczerzył się od ucha do ucha – udzielił mu się nastrój polowania.

– Dzwoń na policję! – wydarła się matka.

– Teraz?

– A kiedy?! To nie biblioteka, żeby godziny zamknięcia mieć.

– Oj matka…

– Dawaj mię ten telefon!

 

– Halo, policja?

– Dobry wieczór, posterunek policji w Hrószczówce, słucham?

– Mamy złodzieja naszych zniczy!

– Słucham?

– Na dżi-pi-esie mi świeci, gdzie męda mieszka!

– Przepraszam, proszę spokojnie. Pani godność?

– Renata Niezgódka.

– Pani Renato…

– Ostrówki Małe, ulica Mickiewicza 12. A teraz adres mędy podaję, proszę notować…

– Proszę pani…

– Pani mi to nie proszę pani! Dwa miesiące go ścigaliśmy, policja ręce założone, ale teraz mamy złodzieja!

– Pani się uspokoi!

– Matka się uspokoi – włączył się Janek.

– Znalazłam zbira! Sama! Tymi rękoma, a pani mówi, żebym się uspokoiła?! Luckowi mojemu światełka…

– Jak matka mi teraz zawału dostanie, to jak Boga kocham ani jednego światełka nie zapalę!!

– Januś… co ty mówisz…

– Da matka słuchawkę – mrunknął Janek. – Halo? Jest pani tam jeszcze?

– Jestem, słucham.

– Włożyliśmy GPS nadajnik w znicz. I facet go ukradł. Teraz wiemy gdzie jest.

– Nadajnikiem go państwo wyśledzili?!

– Sztukatówka, ul. Sienkiewicza 13a.

– Ale znicz ukradł?

– Znicz.

– Ale to grosze, to niska szkodliwość czynu!

– Z GPS-em za pięć stów?! Niska szkodliwość?!

– Za pięć stów?

– No jak amen w pacierzu, jeszcze rachunek mam pod ręką.

– Aaa… to co innego. Wysyłam ekipę.

Odłożył słuchawkę.

– Jadą, matka! – ucieszył się.

– A może by tak mu mordę skuć, zamiast tego? – zaproponowała pani Renata. – Jeszcze go wypuszczą, a tak…

– Satysfakcja pewna?

– A jak! Weź tam synek zadzwoń czy pobicie gnoja to niewielko szkodliwe publicznie jest czy coś.

 

Zapraszam do zapoznania się z innymi opowiadaniami:

Uściśnij dłoń

Sprzedawca

1981

Nieszczęście w szczęściu

 

Zachęcam też do odwiedzenia mnie na google+ i na  Facebooku.

 

Komentarze:

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Please type the characters of this captcha image in the input box

Please type the characters of this captcha image in the input box