odwlekanie na później

Można mi przypisać różne cechy, ale „porządny”, to nie jedna z nich. Mój ojciec to wielki bałaganiarz i niestety o mnie można chyba powiedzieć to samo (choć mam swoje dobre chwile i rewolucje). Nigdy mi to specjalnie nie przeszkadzało. Zawsze wiedziałem gdzie co jest. Brak porządku mnie nie rozprasza – a mam znajomych, którzy przed przystąpieniem do pisania, czy choćby wieczornego relaksu muszą uładzić swoje otoczenie, inaczej o niczym innym nie myślą. Mnie ten problem nie dotyczy. Zupełnie.

Jednak jest sfera, gdzie w sferze porządku panuje u mnie delikatnie mówiąc faszyzm. Jest to sfera pracy. Odkryłem, że poprawia to moją produktywność, pozwala nie odkładać spraw na później i generalnie podnosi moją jakoś pracy, a co za tym idzie życia w sposób znaczący. Czemu? Na czym to polega? Jak się do tego przekonałem? Spokojnie… Po kolei.

Porządek na biurku

 

Człowiek, który ma na biurku stosy papierów dotyczących różnych spraw, szybko przekona się, że praca jest o wiele łatwiejsza i może ją wykonywać o wiele lepiej, jeśli oczyści swoje biuro ze wszystkich dokumentów nie dotyczących bezpośrednio sprawy, którą się w danej chwili zajmuje. Roland L. Williams – dawny prezes Chicago i Northwestern Railway

 

Pierwszy sygnał, że moja polityka budowania gór papierów na biurku może się nie sprawdzać przyszedł do mnie w liceum. Jako pisarz uwięziony w mat-fizie, oczywiście władowałem się w matematyczne kłopoty. Generalnie dziś lubię ten przedmiot i nawet nazwałbym się uzdolnionym w tym kierunku, ale nastoletni ja na przymus uczenia się matematyki (zamiast czytania powieści i zostawania sławnym pisarzem!) reagował kiepsko. W efekcie nie robiłem żadnych prac domowych, nie słuchałem na lekcjach… w rezultacie przyszedł dzień, kiedy koleżanka z czerwonym paskiem musiała przyjść i mnie uratować. Nic nadzwyczajnego.

 

Sam widok biurka zaśmieconego pocztą, notatkami i sprawozdaniami wystarczy, aby spowodować zamieszanie, napięcie i zmartwienia. Ale powoduje też coś o wiele gorszego: nieustannie przypomina o setkach rzeczy, które musisz zrobić i na które ciągle ci brak czasu. Dale Carnegie

 

Co ciekawe, jej pierwszym komentarzem, po wejściu do mojego pokoju było: „Jak ty możesz się uczyć z takim bajzlem na biurku?!” Bajzel został usunięty. Wygrzebałem zeszyt z plecaka i mieliśmy ruszyć do boju. Okazało się jednak, że nie mam linijki, kątomierza, ekierki, jednego zatemperowanego ołówka, kalkulator jest wyładowany, a jedyny długopis przerywa. Tu padło kolejne zdanie: „Ja bym nie mogła tak pracować! Nic dziwnego, że nie robisz prac domowych w takich warunkach!”

 

Upierdliwość vs konieczność

 

Jakaś klapka otworzyła mi się w umyśle i zaświtało mi, że faktycznie, kiedy ja wracam do domu, zabranie się za pracę domową wiąże się z poszukiwaniami sprzętu, używaniem grzbietów książek jako linijki i odpalaniem komputera, żeby użyć kalkulatora. Podczas, gdy moja koleżanka wraca, siada za pięknie wysprzątanym i dobrze wyposażonym biurkiem i już jest gotowa do roboty. Eureka!

 

Na moje wiekopomne odkrycie wpadli już oczywiście prawie wszyscy i to dużo wcześniej. Podoba mi się zwłaszcza co mówi na ten temat Brian Tracy: „Na biurku musisz mieć porządek. Reszta pomieszczenia jest nieważna. Wyjdzie ci to na dobre, nawet jak po prostu zrzucisz wszystko z biurka.” Polecam raczej jako krótkofalowe rozwiązanie, w sytuacji gdy goni nas deadline.

 

Porządek i deadline’y

 

I tu pojawia się moje kolejne spostrzeżenie. W każdym z nas walczą ze sobą dwa głosy, dwa wskaźniki: konieczność wykonania czegoś i upierdliwość wykonania czegoś. Wszystko co odkładamy na ostatnią chwilę niesie ze sobą tak dużą dawkę upierdliwości, że możemy się do tego zabrać, tylko gdy staje nam przed oczami groźba zawalenia projektu, śmierci głodowej i płaczącego szefa (tudzież nauczycielki wpisującej 1 lub 2 w dzienniku, w zależności od poziomu edukacji).

 

Zawalone biurko, to oczywiście +5 do upierdliwości. Jakie zadanie przed nami by nie stało, podświadomie będziemy chcieli je odwlec.

 

Na upierdliwość mają też oczywiście wpływ inne czynniki. Zawsze się np. śmiałem z kolegi blogera, który z pasją wybiera klawiatury, na których pisze. Po co??, myślałem zawsze. Boże, jaki przerost formy nad treścią! Było tak do momentu, kiedy uświadomiłem sobie, że on po prostu obniża poziom upierdliwości zadania, a nawet więcej, dodaje sobie +3 do przyjemności! Od tej pory upomniałem się w biurze o przysługującą mi do laptopa klawiaturę i myszkę – efekty boskie.

 

To samo oczywiście dotyczy hałasu, fatalnego oświetlenia, niewygodnego krzesła itd. Niezwykłym doświadczeniem ostatnich tygodni było dla mnie przestawienie swojego biurka, w biurze. Stało tak, że siedziałem mordką w ścianę, wszyscy widzieli mój ekran i jeszcze łazili mi za plecami, powodując szeroko pojęte ciarki na karku. W efekcie unikałem biura jak ognia. Wszystko co się dało załatwiałem w domu. Pisać raporty chodziłem do kawiarni albo nawet do rodziców, kiedy oni byli w pracy. Trzy tygodnie temu przestawiłem biurko o 90 stopni. Zamiast ściany mam przed sobą szefową i przestrzeń biura, za plecami mam okno i panoramę Warszawy i już nikt nie gapi mi się w ekran. Efekt? Spędzam w biurze średnio 9 godzin dziennie. Wcześniej? Około 2,5. To się nazywa zmiana komfortu pracy!

Co więcej, w życiu (W ŻYCIU!) bym nie zgadł, że zmiana będzie tak drastyczna*. Widocznie poziom konieczności i przyjemności przekroczył tym samym upierdliwość. 

Oczywiście wiem, że nie lubimy zmian, a transformacja w porządnisia, to poważny wysiłek, ale chociaż miejsce pracy warto zachować w porządku. 

*co jest zabawne, biorąc pod uwagę, że zarabiam na życie dostosowując biura do potrzeb firm i pracowników – szewc bez butów chodzi!

 

Zachęcam też do odwiedzenia mnie na google+ i na  Facebooku.

Komentarze:

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Please type the characters of this captcha image in the input box

Please type the characters of this captcha image in the input box