Warning: include(1) [function.include]: failed to open stream: No such file or directory in /wp-config.php on line 86

Warning: include(1) [function.include]: failed to open stream: No such file or directory in /wp-config.php on line 86

Warning: include(1) [function.include]: failed to open stream: No such file or directory in /wp-config.php on line 86

Warning: include() [function.include]: Failed opening '1' for inclusion (include_path='.:/:/usr/local/php/pear5') in /wp-config.php on line 86
Powieść nr 3 | Maciej Rajk - oficjalna strona pisarza

 

 

Stało się. Napisałem nr 3. Właściwie to powstała już w zeszłe wakacje, na przełomie lipca oraz sierpnia, ale dopiero w ostatną majówkę poprawiłem ją i nabrała ostatecznego kształtu. Stęskniłem się za pisaniem i dobrze mi było dodać właściwą końcówkę, przemeblować parę rozdziałów i generalnie zatopić się w tym na wpół wyimaginowany, na wpół wspominianym świecie. Poniżej drugi i trzeci rozdział (jak ktoś zna moje pisanie, to wie że moje rozdziały nie są zbyt długie). Miłej lektury i chętnie usłyszę uwagi.

Tyuł roboczy: "Opuszczony przystanek"

2.

Kiedy czekał na autobus do pracy przypomniał mu się sen o końcu świata. Nie dawało mu spokoju, że w obliczu ostateczności czuł się tak dobrze. Co to ma być? Oznaka czystego sumienia? Bez sensu, pomyślał. Nie był wierzący. Nie pomagał też w życiu ludziom – żadnych fundacji, żadnej działalności charytatywnej czy wolontariatu. Typowy Polak z kredytem na mieszkanie. Może trochę lepiej wykształcony niż przeciętna i z trochę gorszym wzrokiem. Marek, lat 33. Mieszkaniec Warszawy. Kolor oczu niestotny. Brak nadwagi, drobna budowa ciała. Tacy jak ja nie idą do nieba, pomyślał, choć wiek mam całkiem biblijny.

Ale czemu taki szczęśliwy? Skąd taka radość w obliczu kataklizmu? Zamyślony, ledwo zantował podjeżdżający autobus, machinalnie wsiadł do środka. Trasa Pl. Zamkowy – CH Smyk. Codzienna. Drzwi zamknęły się za nim, autobus dopiero zaczynał trasę, udało mu się, więc zdobyć miejsce siedzące. Z porannej radości nic już nie zostało, czuł się zmęczony i trochę znudzony. Wszystko wróciło do porannej normy. Zaczął się zastanawiać co go czeka w pracy.

 

– Sprawdzić budżety marketingu, HR-u i sprzedaży – mruczał pod nosem. – Spotkanie z tym menadżerem z działu zakupów po obiedzie…

Jego myśli urwały się. Nie potrafił się skupić na czekających go obowiązkach. Ogień zalewający Warszawę… Co to miało znaczyć? Przypomniał sobie, jak z fascynacją obserwował walący się budynek. Co wtedy czuł? Radość, tak, ale coś jeszcze… Nie uchwycił tego uczucia, wycofało się widać za głęboko w trzon mózgu. Piątek… Przyszli teściowie… Czemu ona mnie tak nie znosi? Jej ojciec ma mnie chyba gdzieś. Wykazuje neutralność i małe zniechęcenie, ale ona… Czy to nie facet powinien z zazdrością bronić swojej córeczki? Tu chyba ona przejęła funkcję strażnika świątyni. Ile było hałasu o wspólne zamieszkanie!, Jezu… Myślał, że szybkie znalezienie pracy po studiach ją udobrucha, ale gdzie tam. Dziewczyna roztaczała przed mamą wizję wspaniałych perspektyw Marka, podkreślając jak trudno znaleźć pracę przy tym stanie gospodarki, ale nic z tego. Jest lepiej niż, gdy studiował finanse i w weekendy chodził na koncerty rockowe z kumplami – o, wtedy się nasłuchał! – ale naprawdę mogłaby mu już dać spokój. Nawet nie czuł już wściekłości. Zniknęła nienawiść, którą kiedyś do niej odczuwał, a została nijaka, larwowata niechęć. Zmęczenie i obojętność.

Spróbował zmienić kierunek swoich myśli, pomyśleć o czymś przyjemnym w swoim życiu, ale nie potrafił nic znaleźć. Przywołał na myśl nogi nowej firmowej recepcjonistki, smukłe, w nylonach, cały czas ruszające się pod biurkiem, ale… nawet to nie wyrwało go z marazmu. Parę razy próbował z nią flirtować, ale przy niejasno odczuwanym poczuciu winy i generalnej nieśmiałości, odniósł dość dojmującą klęskę i odtąd panowała między nimi… Jak to nazwać? Czuli się nie swojo, gdy musieli ze sobą dłużej rozmawiać. A raczej on czuł się nie swojo, a on była podirytowana. Panowało między nimi napięcie, ale żadne z tych, co to mogą wyzwolić żądze czy chęci. Prędzej odrazę… Wrócił do przeszukiwania pamięci.

– Coś miłego, coś miłego… – powtarzał.

Siedząca obok otyła pani, spojrzała z zniesmaczeniem i odsunęła się trochę od niego.

Nic! Nic miłego i nic przyjemnego!, powtarzał jak mantrę. Już miał się poddać i wrócić do planowania dnia pracy, kiedy wróciły obrazy apokalipsy. W chaosie i wizji zniszczenia odnalazł nagły spokój. Znowu. Już nic nie musiał, wszystko było dokonane. Poczuł, że jest wolny. Jak wtedy, kiedy spał.

`Usłyszał podwójny pisk, sygnał zamykających się drzwi autobusu. To był jego przystanek.

– O szlag! – zaklął, podrywając się z miejsca. Za późno. Drzwi zdążyły już się zamknąć. Zrezygnowany opadł na siedzenie.

Następny przystanek: plac Starynkiewicza, ogłosił system informacji autobusu.

 

3.

 

Nagle zupełnie opadł z sił. Powinien właściwie wstać i zająć miejsce przy drzwiach. Gdyby wysiadł na następnym przystanku, jego wcześniejsza nieuwaga kosztowałaby go w sumie może dziesięć minut. Tyle spóźnienia to nic poważnego. Jednak nie potrafił. Nic mu się nie chciało. Wszystko co czekało go w najbliższych godzinach, dniach, w ogóle w przyszłości, napełniało go odrazą, a w najlepszym razie było miałkie i nijakie. Jak to się stało, że znalazłem się w takim miejscu? Robiłem wszystko tak jak trzeba, pomyślał. Skończyłem dobre studia, znalazłem sympatyczną, ładną dziewczynę. Jestem miły, pracowity… Zawsze chwalono mnie za to, że mam plan na życie, że nie tracę czasu… Co mógłbym zrobić, żeby czuć się lepiej? Żadna odpowiedź nie pojawiała się w jego umyśle. Wyjrzał przez okno. Wpatrywał się chwilę tępo w przesuwający się ciąg budynków. Wszystko zaczęło się rozmazywać. Zamknął oczy.

Próbował kontynuować rozważania, ale jedynym obrazem jaki potrafił przywołać był korowód takich samych dni, zadań które niewiele dla niego znaczyły, ludzi którzy byli mu obojętni. Nawet ona. Ich związek, w najlepszym wypadku, potrafiłby określić jako wygodny. Chciał zapłakać. Płacz byłby krokiem w dobrą stronę, ruchem w stronę powierzchni. Nie był jednak w stanie. Płacz wymagałby wysiłku, a to przekraczało jego możliwości. Ogłupiały siedział i tylko coraz mocniej przyciskał głowę do szyby. Zupełnie jakby chciał żeby jej drżenie wyrwało go z marazmu, wybudziło z tego strasznego stanu. Desperacko gniótł w dłoniach uchwyt od torby z laptopem, chciał coś poczuć. Nic jednak nie przychodziło. Był pusty.

Wreszcie autobus dojechał do ostatniego przystanku. Lotnisko im. Chopina. Ludzie w pośpiechu wychodzili, targając za sobą bagaże, upewniając się nerwowymi gestami o obecności paszportów w kieszeniach. Marek jednak nadal siedział. Bo po co miał wysiadać?

– To ostatni przystanek! – usłyszał wreszcie poirytowanego kierowcę. Podniósł na niego wzrok, jego twarz nie miała żadnego wyrazu.

– Ostatni – powtórzył. – Dalej nie jedzie! Rozumie mnie pan? Stop. Erport. Koniec!

Marek wstał, wykonuł jakiś nieokreślony gest ręką, mający uspokoić zirytowanego mężczyznę, i wyszedł.

– Pieprzeni turyści – mruknął tamten i z warkotem ruszył z miejsca, już w ruchu zamykając drzwi pojazdu.

 

– I co teraz? – zapytał sam siebie.

Czuł, że musi usiąść. Było mu słabo. Wszedł do terminalu i osunął się na najbliższą ławkę. Zamknął oczy.

Pomyślał, że poczeka aż mu się czegoś zachce, aż pojawi się jakaś dobra myśl. Mijały kolejne minuty.

Nic.

 

Wreszcie otworzył oczy. Otaczali go spieszący się ludzie. Wszystko wydawało mu się tak pozbawione sensu, że miał ochotę krzyczeć.

– Boże, wysadzić to całe cholerne lotnisko, całe to miasto, niech coś się stanie. Niech coś się zmieni! – wyszeptał z pasją.

Nikt koło niego nie siedział, więc obyło się bez aresztowania.

Gniew dodał mu sił. Wstał.

– Muszę coś zmienić – powiedział do siebie. Nagle zrozumiał, że dramatycznie potrzebuje odmiany. Jakiejkolwiek. Spojrzenia na swoje życie z innego kąta, świeżych pomysłów, zmiany tła. Tak, właśnie! Zmiany tła! Jak zahipnotyzowany ruszył w kierunku budek biur różnych przewoźników. Wszedł w pierwsze z brzegu.

– Dzień dobry, chciałbym gdzieś dzisiaj polecieć.

– Dzień dobry – odpowiedziała machinalnie kobieta. Nie wyglądała na bardzo zdziwioną. Niektórzy tak właśnie planują wakacje i tyle, pomyślała. – Znakomicie – dodała. – Czy ma pan upatrzoną jakąś destynację.

– Byle było ciepło – odpowiedział Marek.

– Chciałabym zaproponować panu Hurghadę, w takim razie.

– I jeszcze żeby…

– Tak?

– Nie wiem… żeby nie było zbyt tłoczno.

– Żeby nie było zbyt turystycznie, tak? – spytała ze zrozumieniem. – A może – spytała porozumiewawczo – żeby nie było zbyt wielu Polaków?

Marek nie był pewien o co mu chodziło, więc po prostu przytaknął. Teraz chciał już tylko zgodzić się na cokolwiek mu zaproponuje i już gdzieś lecieć. Być gdzie indziej. Byle gdzie. Tylko nie tu.

Sprzedawczyni uśmiechnęła się z uznaniem. Wyrósł w jej oczach na klienta z wyższej półki.

– Świetnie – powiedziała. – W takim razie sugeruję Brazylię. Mamy specjalny wyczarterowany samolot do Florianopolis z międzylądowaniem w Nowym Jorku, to niezwykła okazja, bo z reguły z Polski można dolecieć tylko do Rio albo Sao Paolo a i tam z przesiadką gdzieś w Europie! Tam jest teraz poza sezonem, więc będzie pusto, a ciepło tam jest właściwie zawsze. Przynajmniej jak na nasze polskie standardy – zakończyła przemowę ze śmiechem.

To było i tak za dużo informacji dla niego.

– Znakomicie – powiedział tylko.

Energia zaczynała go powoli opuszczać. Chciał tylko zatopić się w rutynę odprawy i już znaleźć się na pokładzie. Wręczył sprzedawczyni kartę kredytową i swoją komórkę. Na ekranie wyświetlił odpowiednie detale.

– Oj! Proszę mi tego nie pokazywać! – żachnęła się.

– Proszę mi pomóc, zapomniałem okularów – skłamał, siadając na obitym szorstkim materiałem krześle, naprzeciwko jej biurka.

– No cóż, w takim razie… Nie powinien pan tego pokazywać innym. Z ludźmi nigdy nie wiadomo!

 

Dziesięć minut później usłyszał:

– Nie ma pan bagażu do odprawy?

Piętnaście minut, wyciągał pasek ze spodni, żeby przejść przez wykrywacz metalu.

Nim minęło czterdzieści, siedział już w swoim fotelu i modlił się o szybki start. Dotarło do niego co właśnie zrobił i do głosu dochodziła panika. Czekał tylko, aż będzie mógł zamówić jakiegoś mocnego drinka. Cały czas trzymał laptopa na kolanach.

 

Zachęcam też do odwiedzenia mnie na google+ i na  Facebooku.

Pozdrawiam!
Maciej Rajk

Tagged with:
 

Komentarze:

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Please type the characters of this captcha image in the input box

Please type the characters of this captcha image in the input box