Warning: include(1) [function.include]: failed to open stream: No such file or directory in /wp-config.php on line 86

Warning: include(1) [function.include]: failed to open stream: No such file or directory in /wp-config.php on line 86

Warning: include(1) [function.include]: failed to open stream: No such file or directory in /wp-config.php on line 86

Warning: include() [function.include]: Failed opening '1' for inclusion (include_path='.:/:/usr/local/php/pear5') in /wp-config.php on line 86
Przełom w rozwoju | Maciej Rajk - oficjalna strona pisarza

 

przełom w rozwoju

Najciemniej jest zawsze tuż przed świtem. Słyszałem to zdanie, podobnie jak większość z Was setki razy i niewiele to dla mnie znaczyło. Niezwykłe wydaje mi się ile mądrości może być ukrytej w oklepanych zwrotach, nad którymi już prawie albo wcale się nie zastanawiamy.

Przechodziłem ostatnio ciężki okres, zarówno pod względem osobistym, jak i zawodowym. Nie był to dla mnie najlepszy czas, jednak patrząc wstecz jestem dosłownie zszokowany faktem, jak wiele osiągnąłem i jak wiele się nauczyłem. Słowem jak bardzo musiałem urosnąć, by sprostać trudnościom. Wydawało mi się, że się nie wygrzebię, a byłem już o centymetry od powierzchni. Kolejne cliche: w każdym problemie tkwi ziarno możliwości.

Praca i pisanie

 

W ostatnich miesiącach pędziłem resztką sił. Po ośmiu godzinach korporacyjnej pracy, pędziłem do domu, gdzie pisałem artykuły, promowałem bloga, przygotowywałem wydanie nowej książki… Starałem się też mieć jakieś życie towarzyskie, a czasem (czasem, rzadko) nawet się wyspać. Średnio raz na trzy dni powtarzałem sobie, że muszę albo rzucić pracę w korporacji albo pożegnać się z mrzonkami o karierze pisarza. Jednak… nie odpuszczałem, ciągnąłem oba wozy, aż wreszcie zmusiło mnie to do kompletnego zrewolucjonizowania swojego systemu zarządzania czasem. Bywały chwile, kiedy ilość rzeczy do załatwienia, po prostu mnie PORAŻAŁA (mój umysł pędził w piętkę, starając się o wszystkim pamiętać, niczego nie przegapić i jeszcze dopilnować, że wszystko będzie zrobione na czas). Potem jednak wygrzebałem z szafy książkę, którą kiedyś doczytałem do 1/3 – „Getting Things Done”, Davida Allena i obiecałem sobie nie odpuścić dopóki nie wdrożę proponowanego przez niego systemu.

Efekt? Pierwszego października dostałem awans, a w zeszłym tygodniu wypuściłem nową powieść w formie elektronicznej i to w trzech formatach. Ilość pracy związanej z promocją, wchłanianiem niezbędnej informatycznej wiedzy (choćby, żeby stworzyć te obrazki książki, jakie widzicie po prawej i w które można kliknąć i od ręki dokonać zakupu), powinna teoretycznie sprawić, że wywalą mnie z pracy, jednak udało mi się wszystko pogodzić. Jeszcze dwa miesiące temu byłoby to kompletnie nie do pomyślenia.

 

Kobieta

 

Podobne historie przechodziłem w związku. Wbrew tysięcznym obietnicom, dawanym samemu sobie, wbrew rozsądkowi i wbrew doświadczeniu raz jeszcze zaangażowałem się w związek na odległość. Co gorsza w związek ze skrajnie ekstrawertyczną, niezbyt empatyczną i właśnie zaczynającą studia magisterskie dziewczyną. (ładną, inteligentą, radosną, ambitną, otwartą na ludzi… – tak, świetną generalnie, natomiast wcześniej wymienione cechy zafundowały mi trochę… samorozwoju).

Zapominająca o umówionych rozmowach (Skype! – narzędzie numer jeden odległo-związkowców), nie odpisująca na smsy, imprezująca, mająca tysiąc kolegów, dwa tysiące adoratorów i ex-chłopaka z obsesją na jej punkcie. Po raz pierwszy w moim życiu poczułem się zazdrosny (tak, już rozumiem to uczucie i moje książki staną się dzięki temu ciekawsze i bardziej ludzkie ;] ). Co gorsza: po raz pierwszy potrafiłem się wściec. Jakbym nie był sobą.

Rozmawialiśmy o tym tysiąc razy (odpisuj jak piszę, pamiętaj jak się umawiamy) i nic się nie zmieniało. Zakochana we mnie na zabój, opowiadająca o mnie znajomym non-stop (żalą się potem) i kompletnie nieświadomie zachowująca się strasznie. Przeszedłem swoją ścieżkę zdrowia. Przez dobre dwa tygodnie (po wrześniu, który spędziliśmy w całości razem) chodziłem po ścianach. Wreszcie miałem tak dość, że zagroziłem rozstaniem. Były błagania, długie maile itd. Bałem się, że ugnę się i znowu wrócę do piekła, jednak stał się cud. Nagle kompletnie przestałem się przejmować – co będzie, to będzie. Jak nie ta, to inna. Całe napięcie mnie opuściło i od tygodnia jestem spokojny i radosny. Bezpiecznik przepalił się i czuję się jakbym osiągnął oświecenie (słowo daję). Na wszystko reaguję z dystansem, nie sposób wyprowadzić mnie z równowagi. Cieszę się wszystkim co od niej dostaję i nie przejmuję się tym, co wcześniej doprowadzało mnie do pasji. Jakby nadęcie to nie brzmiało, osiągnąłem chyba właśnie kolejny poziom emocjonalnej dojrzałości. A ciemno przed świtem było bardzo!

 

Pisanie, sport i wszystko

 

Podsumowując, jak idiotycznie by to nie brzmiało, prawidłowość ta sugeruje, że natura testuje nas w ostatniej chwili, jakby chciała się upewnić, że zasłużyliśmy na nagrodę. Patrząc wstecz mam wrażenie, że wszystko co kiedykolwiek osiągnąłem odbyło się w ten sposób. W roku poprzedzającym napisanie „Miłość i inne pajęczyny”, zacząłem pisanie dwóch innych powieści. Obie zarzuciłem mniej więcej w 1/3. Były naprawdę niedobre! Wcale nie lepsze od mojej wcześniejszej próby pisarskiej z bodajże 2006 roku. Co gorsze, pierwsza próba w 2008 roku była dużo lepsza od drugiej. Nie dość, że progres nie następował, zdawało się, że mój talent, jaki by nie był, po prostu obumarł. Jakimś cudem jednak, gdy w grudniu 2008 roku zabrałem się do czegoś co miało być moją ostatnią próbą, włożyłem wysiłek w planowanie, przemyślenie charakterów itd… nagle zacząłem pisać coś dobrego. Coś, nad czym mogłem później pracować i stworzyć porządną powieść. W połowie 2008 roku wydawało się to zupełnie poza zasięgiem moich możliwości.

Podobne przejścia miałem starając się kiedyś nauczyć skakać do kosza. Miesiącami nic i nic, aż wreszcie, w którymś tygodniu z dnia na dzień zacząłem fruwać. Małe korekty się kumulują i w pewnym momencie następuje przełom.

 

Lekcja

 

Jeżeli z tego artykułu macie cokolwek zapamiętać, to sugerowałbym to: rozwój to nie równia pochyła, to schody. Uczysz się, pracujesz, starasz i nic się nie dzieje. Tygodniami, miesiącami, a nawet latami. Potem nagle jak z trampoliny wybijasz się na następny poziom. Następny zastój trwa na tyle długo, że nieraz zapominasz jak to działa i oddajesz się frustracji. To naprawdę nie ma sensu. Z reguły wystarczy wytrwać. Inna rzecz, której nauczyłem się w ostatnich latach (i jak nic świadczy to o starości!), otóż: czas minie i tak. Możesz siedzieć w domu przed telewizorem albo możesz codziennie przez dwie godziny pisać. Możesz „grać w grę” albo możesz chodzić na siłownię. Gdy zaczynasz coś nowego, wydaje się, że nigdy tego nie opanujesz, że nigdy nie będziesz naprawdę dobry (albo, że zajmie to taką ilość czasu, że tak naprawdę nie warto), jednak… czas minie tak czy siak. Gdybyć pięć lat temu, kiedy przyszło Ci to do głowy zaczął uczyć się (to wstaw odpowiednio: tańczyć, pływać, śpiewać, bić się, szyć, żeglować, pisać), dziś byłbyś w tym już naprawdę dobry(a). Nie pozwól sobie żałować za pięć lat, że nie zacząłeś czegoś dzisiaj. Zacznij już teraz, a te pięć lat i tak przeminie. Gdy utkniesz w impasie, pamiętaj, że świt już blisko, że zaraz będziesz o stopień wyżej. 

 

Zachęcam też do odwiedzenia mnie na google+ i na  Facebooku.

Tagged with:
 

Komentarze:

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Please type the characters of this captcha image in the input box

Please type the characters of this captcha image in the input box