Kiedy patrzę na okładkę swojej pierwszej opublikowanej powieści (“Miłość i inne pajęczyny”) nie mogę się opędzić od wspomnienia, utraty pierwszego większego opowiadania jakie napisałem. Gwałtowny ruch ręki w kierunku myszki, przewraca się kubek i gorąca herbata podlewa laptopa. Panika.
Spodziewałem się straty w połowie napisanej magisterki, tysięcy stron notatek i dziesiątek pomysłów na książki, cytatów itd. Na szczęście herbata nie była posłodzona i jak się potem dowiedziałem uratowało to mojego twardziela (bardziej oficjalnie: dysk twardy). Niestety opowiadanie, które było akurat wtedy w trakcie tworzenia zginęło, jakieś dwie linijki przed już przygotowanym napisem: KONIEC.

damn!

Stratę można uznać za umiarkowaną – był to jeszcze okres moich „usilnych prób”. Z resztą… w pewnym sensie, że żaden pisarz nie opuszcza tej sfery. Sprawa ta zainspirowała mnie wtedy do tropienia podobnych historii w życiu różnych artystów. To co ciekawsze historie:

Jimmy Hendrix zostawił całą, świeżo nagraną, pierwszą stronę swojej płyty „Axis Bold As Love” w taksówce. Znana nam wersja została nagrana w szaleńczym pośpiechu w jedną noc. Nie przeszkodziło, to z resztą sprzedać się albumowi w milionie egzemplarzy. Mój ulubiony magazyn Rolling Stone umieszcza ją z resztą na 82-gim miejscu, 500 najlepszych albumów wszech czasów.

Jimmy

Bliższym mi przykładem jest Ernest Hemingway. W grudniu 1922 roku spotkał w Lozannie znanego redaktora i dziennikarza Lincolna Steffensa, któremu na tyle spodobał się jego styl, że koniecznie chciał zobaczyć inne prace Hemingwaya. Ten zatelefonował do swojej pierwszej żony – Hadley – ta spakowała wszystkie jego manuskrypty do wielkiej walizki (razem z węglowymi kopiami) i ruszyła mu na spotkanie. Na dworcu w Paryżu zostawiła na chwilę walizkę bez opieki, idąc kupić butelkę wody. Kiedy wróciła walizki już nie było. Zrozpaczony Hemingway wskoczył w pociąg i rzucił się do poszukiwań. Bezskutecznie. W swoim późniejszym liście do Ezry Pounda żartował: „Słyszałeś jak sądzę o utracie moich Juwenaliów (sic)? Pojechałem w zeszłym tygodniu do Paryża, by sprawdzić co ocalało i odkryłem, że Hadley wykonałą pełną robotę, umieszczając w walizce absolutnie wszystko: kopie węglowe, duplikaty itd. Jedyne co przetrwało to trzy ołówkowe szkice kiepskiego wiersza, który potem odrzuciłem i parę listów.” Pound pocieszał Hemingwaya, mówiąc mu, że może być to ukryte błogosławieństwo, które pozwoli mu odrzucić dawne plany i rozwinąć nowy dojrzały styl. Też się tak pocieszałem.

Kolejny z moich ulubionych pisarzy stracił swoją pierwszą powieść: Henry Miller. Zostawił ją z drugą żoną, która po jednym z ich rozstań po prostu ją wyrzuciła. Sam Miller wyrażał się o swoim dziele z przymrużeniem oka pisząc, że „wszyscy którzy ją przeczytali uważają ją za najgorsze co w życiu widzieli.” Niemniej jednak książka napisana w 1922 roku „Clipped Wings”, mimo iż poźniej poskładana na nowo z notatek, zaginęła i jeszcze przez ponad 10 lat Miller był niepublikowany.

Henry

Na pewno większą stratą było zaginięcie ponad 130-stronnicowego listu Neala Cassady’ego (przedstawionego jako Dean Moriarty w powieści Jacka Kerouaca „W drodze”). Jak pisze sam Kerouac:
„Pomysł na ten spontaniczny styl, w jakim napisałem W drodze wziąłem z listów starego dobrego Neala Cassady’ego do mnie – pisanych w pierwszej osobie, szybkich, szalonych, pełnych wyznań, całkowicie na serio, ze wszystkimi szczegółami (…) Główny list, który mi wysłał miał czterdzieści tysięcy słów – cała krótka powieść. Był to najlepszy kawałek literatury jaki w życiu widziałem, lepszy niż kogokolwiek w Ameryce albo przynajmniej wystarczająco dobry, by Melville, Twain, Dreiser, Wolfe, nie wiem kto, zaczęli przewracać się w grobach. Allen Ginsberg poprosił mnie bym pożyczył mu ten list, by mógł go przeczytać. Przeczytał go i pożyczył facetowi o imieniu Gerd Stern, który żył na barce w Sausalito w Kalifornii, w 1955 roku i ten gość zgubił list: wypadł za burtę jak sądzę. (…) Jeśli bylibyśmy w stanie wydobyć ten czterdziesto-tysiąco-słowny list, Nealowi wreszcie oddano by sprawiedliwość.”

Dzieła sztuki nie trzeba gubić, można je oczywiście również zniszczyć. Jeden z najsłynniejszych kawałków soulowych połowy lat sześćdziesiątych – Mustang Sally, wykonaniu  Wilsona Picketta – o mało co nie skończył na śmietniku. Zaraz po zakończeniu ostatecznej wersji nagrania, taśma nagle zleciała z rolki i za sprawą ciągle chodzącego silniczka została porwana na kawałki. Uratował ją Tom Dowd, który wyprosił wszystkich ze studia i w pół godziny „posklejał” całość, ratując tym samym jeden z bardziej dynamicznych soulowych kawałków.

Od tej pory obsesyjnie kopiuję swoją pisaninę. Chociaż… swoje wczesne zapiski mam tylko na swoim laptopie. Cały czas zagrożone przez słodkie napoje, złodziei i nagłe opady deszczu… Nie wiem co je dopadnie, ale raczej nie wypadną za burtę.

 

Pozdrawiam!

Maciej Rajk

Zachęcam też do odwiedzenia mnie na google+ i na  Facebooku.

 

 

Komentarze:

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Please type the characters of this captcha image in the input box

Please type the characters of this captcha image in the input box