striptizerki, pisanie i pewność siebie

Samorozwój to droga, a nie cel. Niby o tym pamiętam, ale czasami myślę tylko o tym jak chciałbym, żeby było, zapominając że każdy krok do celu jest ważny i… będę go wspominał z uśmiechem. Na szczęście od lat opisuję co dziwniejsze wydarzenia z mojego życia i w takich chwilach zawahań czy zwątpień mogę do nich wrócić, przypomnieć sobie jak długą drogę już pokonałem i… że przeskoczyłem w przeszłości o wiele wyższe przeszkody. W tym miejscu przypominam sobie rok 2007 i bardzo, bardzo dziwną wyprawę do baru ze striptizem.

Pewność siebie?

 

Jako nieopierzony, świeżo po zerwaniu, student, w 2007 roku trafiłem na dziwaczny program służący zwiększeniu pewności siebie, nazywający się 'Demonic confidence'. Jako osoba z gruntu ciekawska, oczywiście wziąłem się do roboty. Nie będę tu opisywał poszczególnych dni itd., na wypadek, gdyby ktoś z Was chciał to kiedyś zrobić (a podobno nie powinno się wiedzieć na zapas co nas czeka, wykonując te ćwiczenia), ale nie oprę się przed zacytowaniem artykułu, który napisałem kiedyś w całości, siedząc w klubie ze striptizem – w warszawskiej Sofii.

 

Część pierwsza: Napisane przed wyjściem.

 

Jak wszystkie doświadczone misie wiedzą jest to dzień, w którym idzie się do klubu ze striptizem i nie zwraca się uwagi na… cycki i resztę. Jest to oczywiście banalne w teorii, ale jakie piękne wymówki mogą dopaść człowieka! Oczywiście sam sobie wydawałem się bardzo rozsądny i silny, a pewnie, że tak.

Oto moje ulubione:

– nie zwracanie uwagi na kobiety jest bardzo proste, radzisz sobie w ostatnich dniach, nie musisz tam iść

– jaki jest sens jest wydawać kasę na wejście skoro i tak wiesz o co chodzi w ćwiczeniu?

– walczysz z tym DC przez dwa tygodnie, po co masz marnować wieczór? Pójdź sobie po prostu do klubu, poznaj wreszcie nowe panienki

– spotkasz tam kumpli – spoko – ale jak będziesz siedział w kącie, to nigdy nie przestaną cię uważać za dziwaka

– co ty tam będziesz robił przez dwie godziny? liczył kafelki na podłodze?

– będziesz siedział i nie opłacał panienek -> wypie…ą cię z klubu w kwadrans

– nie masz problemu ze zlewaniem kobiet, masz problem z zagadywaniem – lepiej popracuj nad tym drugim

– a w ogóle, to nie boisz się iść do klubu ze striptizem, więc nie musisz iść

 

I tak dalej. Opamiętałem się i tu złota myśl : „Jeżeli znajdujesz wymówki, żeby tam nie iść, to jest to oznaką tego, że powinieneś tam pójść.”

Ta część posta powstała w pliku .doc przed wyjściem. Po powrocie relacja. Choć nie wiem czy nie pójdę tam z lapkiem (jeżeli żadnego kumpla nie wyciągnę) i będę pisał na bieżąco. Coś trzeba tam robić, nie?

 

Część 2: Pisane w Night Clubie Sofia – sofa przed podestami, na których tancerki obracają się na rurach.

 

Nie jest pewnie to najlepiej opisane, ale wszędzie wokół fruwały waginy. Wczujcie się w atmosferę:

"Siedzę właśnie w Night Clubie. Odpaliłem internet, otworzyłem Worda. Do dzieła.

Po tonach wymówek, jakie miałem ruszyłem się do roboty. Namawiałem paru kumpli, co by się ze mną ruszyli. Nasz kolega z forum nawet się zgodził (gratuluję odwagi! raczej nieznanej wśród moich znajomych…), ale w ostatniej chwili coś mu wypadło. To oczywiście przygnało kolejną porcję wymówek, ale w końcu jestem! OK – rozpoczynam relację:

He,he. Jest zabawnie. Tańczą jakieś panienki, na które nie patrzę. Misja jest przezabawna. Tu ciekawa uwaga. O, nie ma czasu…

Są jaja. Siedzę w centrum klubu z otwartym laptopem i piszę, jestem w marynarce. Właśnie podszedł do mnie gość z Wielkiej Brytanii i powiedział, że ma urodziny. Złożyłem mu życzenia, a on, że chce zaśpiewać Suspicious Minds. Mówię spoko. Myślałem, że chciał, żebym przetłumaczył czego chce barmanowi. A on… wziął mnie za managera klubu… I teraz cały czas namawia mnie, żebym mu pozwolił zaśpiewać. Stary, ja tu nie pracuję "I don't work here. You should speak with the bartender. If he won't understand you, than send him over to me. I'll translate what you want.” Przyszły już do mnie w międzyczasie dwie panienki. Pierwsza pośmiała się, pytała czy nie szkoda czasu na pracę, gdy ona jest obok. Krótka piłka z mojej strony: "Nie. Chcę skończyć to co robię." Druga pytała co właściwie robię, bo wszystkie się zastanawiają kim jestem. Zabawna sprawa. Unikanie patrzenia na panienki na rurach jest banalne, ale spławianie tych panienek, jest trochę trudniejsze. Miałem ideę, że będę mówił, że kończę sprawy z pracy, ale one ordynarnie zaglądają mi przez ramię i patrzą na to co piszę, więc to odpada. Heh. Jest zabawnie w każdym razie. Zamówiłem sobie Colę, co by być choć trochę klientem. Choć w sumie zapłaciłem za wjazd, więc powinno być im wszystko jedno co tu robię.

OK, właśnie spławiłem następną dziewczynę. Ta zaczęła mnie nawet gładzić po ręku. Coraz trudniej jest. Hy,hy.

Piszę bez emotikonów, bo post powstaje w Wordzie. Mam nadzieję, że będzie to strawne w każdym razie. Czuję się jak jakiś wyjątkowo introwertyczny dziennikarz. Miłą rzeczą jest, to że minęło mi zdenerwowanie (godne odnotowania po 6-7 minutach – teorie psychologiczne nie kłamią!). I teraz głównie śmieję się w duchu. O rany, ten biedny Anglik kręci się tu w kółko. Nie bardzo mogę mu pomóc, bo to oznaczałoby gadanie z panienkami. Ha,ha,ha.

O! Puścili jeden z moich ulubionych kawałków Jay-Z. Jest dobrze.

Właśnie usłyszałem zabawny tekst – „Ej, czy można tu wchodzić z laptopami?”. Niezłe. O, a teraz kolejna panienka zagląda mi przez ramię. Heh, to będzie długi post. Dzień 13-ty trwa.

To szalone jak przełamuję swoje zahamowania. Kiedyś obawiałbym się co ludzie pomyślą o mnie, przychodzącym do takiego miejsca. Z resztą, to podwójnie śmieszne lęki były. Jestem skrajnie liberalną osobą, akceptuję wszystko jak leci. Każdy rodzaj seksualności itp. A mam masę wyąjtkowo konserwatywnych znajomych, przed którymi co prawda nigdy nie hamowałem się z wypowiadaniem swoich poglądów, ale jakoś nie miałem jaj, by żyć podążając za wyznawanymi przez siebie wartościami. Ciekawe, to wszystko. Trochę trudno mi się teraz skupić, bo jedynym oświetleniem w klubie są odbłyski od dyskotekowych kul, co sprawia, że gdy skupiam się na jedynym nieruchomym miejscu – ekranie lapka – mam wrażenie, że całe pomieszczenie wiruje.

Kolejna luźna myśl: dla osoby, która myśli o pisarstwie (ja) lub o pisaniu książek naukowych (też ja) jest to hardcorowe ćwiczenie na skupienie! „Nie mogę tu pisać, bo jest zbyt głośno/gorąco/ciemno.” Gimmie a break! Pójdźcie pisać do nocnego klubu, gdzie wokół ciebie tańczą nagie laski, co chwila ktoś cię zagaduje, wszyscy się na ciebie patrzą, jest ciemno, światła wirują i gra głośna muzyka. Na dodatek chodzi ci po głowie myśl, że zaraz przyjdzie tu typ bez karku i wywali cię na bruk. W tym miejscu czynię przysięgę: Jeżeli będę miał kiedyś studentów i będę ich uczył twórczego pisania, będę ich przyprowadzał w takie miejsca na egzamin „zaliczeniowy” (ha,ha – pięknie dobrane słowo).

OK. teraz miała miejsce dość gwałtowna przerwa. Pomiędzy moimi oczami a ekranem wylądowała kobieca noga w podwiązkach. Zwróciłem delikatnie uwagę, że piszę i zszokowana (jak oceniam po prychnięciu, bo na twarz nie patrzyłem – dzielnie się trzymam!) dziewczyna zabrała „obiekt” sprzed moich oczu. Jakże miło z jej strony!

OK, impreza się rozkręca. Jacyś kolesie krzyczą do panienek, biją brawa. Kurde, ciężką pracę mają te laski. Czy ta misja ma mnie nauczyć społecznej świadomości?? Czy autorem DC jest Archer i Sloan czy może przepisali, to z nieznanych dotąd zapisków Karola Marksa i Engelsa? A może jest, to ostatni wynalazek feministek?? OK. przyznaję się – zaczynam pisać trochę od rzeczy. Z drugiej strony nie bardzo mogę robić cokolwiek innego, bo „pokusa czeka na każdym rogu” – właściwie, to na każdej rurze…

To może trochę o klubie popiszę, bo pewnie nie będę miał okazji więcej razy tu przychodzić.

Przy wejściu siedzi dwóch gości większych od tych największych, są jednak wyjątkowo uprzejmi. Jeden z nich elegancko zainkasował ode mnie „wjazdowe”. Szatniarz – uroczy gość po 60-tce – grający perfekcyjnie rolę starzejącego się dżentelmena. Jest nie do złamania przede mną weszło paru niezbyt przyjaznych gości, czepiających się o wszystko, a on nawet na milimetr nie wypadł z roli (z ramy! nie wypadł z ramy! szatniarz ma ultra-mocną ramę! he,he), podobnie jak ja się skrzywiłem, gdy zobaczyłem swoją marynarkę w ultra-fiolecie z całym ekwipunkiem białych kłaczków na rękawach. Nawet nie mrugnął. Nie powiedział też, że w samym klubie nie ma takich świateł. Ja nie poruszyłem tematu – temat nie istniej78493iurejde. OK… zostawię to jak jest. Panienka właśnie przejechała mi palcami po klawiaturze i stała nade mną uśmiechając się.

OK, teraz pisanie robi się trudniejsze, bo przysiadła się do mnie jedna z panienek i patrzy mi przez ramię na wszystko co piszę. Usiadła po tańcu i zaczęła ocierając się o mnie zakładać majtki. Zostałem klepnięty w ramię – czyta. Nie spojrzałem – bardzo dzielnie, hy,hy. Niemniej jednak, wracając do tematu –

klub jest raczej skromnie oświetlony, za jedyne oświetlenie służą odbłyski z dyskotekowej kuli. Na ścianach są gipsowe formy przedstawiające kobiety w różnych pozycjach. He, he teraz trudniej się pisało! Wytrzymała 1,5 minuty wymrożenia, obserwowana przez wszystkie striptizerki z klubu (niemy doping). A ja przez ten czas napisałem ze dwa zdania. Pytała czy może posiedzieć, ja powiedziałem, że spoko, ale że będę się dalej tym zajmował. Na co ona, że w ciszy sobie poczyta. I tu byłem ździebko niegrzeczny, bo przewinąłem ekran w dół, tak by było widać tylko ten kawałek, który napisałem o klubie. Niech mnie uważają za jakiegoś gościa oceniającego kluby. Czemu nie.

Na pierwszy rzut oka widać, że kobiety są tu skrajnie znudzone. Siedzą w większości na kanapach i czekają na swoją porę kiedy idą tańczyć. Zaczepiają klientów, choć głównie… mnie. Przede wszystkim pozwalają się jednak zaczepiać. Oczywiście są na każde skinienie gości, ale faktem jest, że to dla nich rutyna. Nie bardzo mogą ze sobą nawzajem rozmawiać, bo to odciągałoby ich od gości (choć oczywiście trochę gadają) i nudzą się. A ja jestem czymś nowym – stąd nie bardzo mam spokój. Choć pomiędzy nogą przed ekranem a nagą kobietą obok miałe sporo spokoju.

Tu ujawni się moje skrzywienie akademickie – to jakie tu funkcjonują rytuały jest absolutnie fascynujące. Są miejsca, gdzie siedzą goście, są miejsca gdzie siedzą panienki. Co jakiś czas goście wyprawiają się „przez rzekę” i zabierają panienki do tańczenia. Pomiędzy wszystkim krążą kelnerzy. Tak, nie przesłyszeliście się – to moje główne zaskoczenie. Spodziewałem się generalnie, że kelnerkami będą kobiety.

O, a teraz przysiedli się do mnie dwaj goście. Ale oni, to generalnie po to, by w ogóle gdzieś usiąść. Nieźle pijani i tylko w kółko komentujący panienki i powtarzający: „Raz się żyje!” albo „Najlepsze miejscówki zajęte”, „O kurde stary, o kurde! Ale sucz!” He, he – ja mam chyba najlepszą miejscówkę w całym klubie, tylko, że nie korzystam. Generalnie pewnie zafundują mi odrobinę spokoju. Albo i nie… zobaczymy. Mam nadzieję, że nie przeczytają mi czegoś przez ramię i nie skasują twarzy.

Dobra minęło sporo czasu, ponad godzina. Mam ciekawsze rzeczy do roboty dziś wieczorem. Zmykam! Dzień nr 13 ukończony! Śmierć wymówkom!!

 

Część 3 – po powrocie

Tak silny jak po wyjściu z tego klubu w życiu się chyba nie czułem. To jest chyba to co czują ginekolodzy. Laska z ć*ą na wierzchu siada koło ciebie, a Ty totalnie nic. Co za ciśnienia? Co za „oj, a ona tak ładna”? Co za rozpaczanie po byłych? Każda panienka to ma. I jeżeli dla ciebie jest to ok, to dla niej zdjęcie gatek też nie przedstawia problemu. Wyszedłem z klubu i totalnie lałem na wszelkie panienki wokół mnie. Ile my czasu tracimy rozglądając się i gapiąc się na laski! Nie chcesz zagadać? Nie gap się. Chcesz? To zap***rzaj!

 

Powiedzmy to sobie szczerze – jestem na adrenalinowo/endorfinowym haju. Jeżeli będę miał syna namówię go na DC jak tylko zacznie zwracać uwagę na kobiety.

Oczywiście moje wymówki wydają mi się już absurdalne. Mam nadzieję, że zapamiętam tą "właściwość" wymówek na zawsze.

2012

No i nie zapamiętałem. ; ) Umysł można wykorzystywać do rozwiązywania problemów albo do tłumaczenia sobie czemu się tego nie robi. Do obu zadań nadaje się znakomicie. Minęło pięć lat, jestem w dużo lepszym miejscu niż wtedy, ale… nadal czasem pozwalam sobie na wiarę, że mogę czegoś nie robić "bo przecież". Na zakończenie tego dziwnego artykułu / wyprawy w przeszłość podam jedną prostą technikę, której nauczyłem się kiedyś, a która jest genialna w walce z wymówkami: kiedy wiesz, że czeka Cię zadanie przed którym będziesz chciał(a) uciekać, wypisz wszystkie wymówki jakie przychodzą Ci do głowy. Teraz wiesz, że są bez sensu, ale kiedy będziesz miał się zmierzyć z zadaniem nagle wydadzą Ci się pełne prawdy i sensu. Wtedy właśnie wyciągniesz z kieszeni listę wymówek, zorientujesz się, że już to wszystko przerabiałeś i nie będziesz miał wyjścia, jak tylko ruszyć do działania. Czy miałoby to  być poznawanie kobiet czy jakieś nieprzyjemne zadanie w pracy. Nikt nigdy nie żałował jeszcze, że zrobił coś trudnego, coś przerażającego bez względu na efekt. Poddania się wymówkom natomiast żałujemy zawsze.

PS Oj zakręciła mi się łezka w oku, kiedy czytałem o wyczynach młodszego siebie. ; )

Zachęcam też do odwiedzenia mnie na google+ i na  Facebooku.

Tagged with:
 

Komentarze:

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Please type the characters of this captcha image in the input box

Please type the characters of this captcha image in the input box