opowiadanie uściśnij dłoń

 

Opowiadanie, które napisałem po powrocie z Dublina w 2005 roku. Do dziś chyba moje ulubione. Jest to zresztą jeden z tych rzadkich przykładów, kiedy to co piszę nie jest fikcją (tj. nawet w małym stopniu) – faktycznie przytrafiła mi się ta historia i…  czułem się równie surrealistycznie jak opisywany tu bohater.
Ci z Was, którzy czytali "Miłość i inne pajęczyny" z pewnością je poznają. Miłej lektury! 🙂
 
By zasnąć na ławce, gdy noc jest chłodna, trzeba być pijanym albo
trzeba przekroczyć ten punkt wytrzymałości, po którym człowiek wali
się spać na byle czym. Nie pamięta się wtedy momentu zaśnięcia.
Pewną szansę daje też posiadanie śpiwora. Wtedy śpisz jak w domu –
nie ma w tym romantyzmu. Ja nie miałem śpiwora.
Nie byłem też pijany, ani nadzwyczajnie zmęczony. Dlatego właśnie
– zwinięty w kłębek na ławce, w centrum Dublina, w ciepłym
swetrze i skórzanej kurtce, z książką pod głową – nie bardzo mogłem
zasnąć. Nie pomagało też wschodzące powoli lipcowe słońce. Na
ławkę trafiłem dopiero o 4:00 nad ranem – prosto z pubu. Zgodnie
z planem, zresztą. W naszym hotelu nie mieli dla nas miejsc na tę noc,
zadecydowaliśmy więc spędzić noc w pubie, a po zamknięciu zwalić
się spać na ławkę.
Leżąc, powoli jednak robiłem się senny. W końcu poddałem się
błogiej fali. I kiedy pierwsze senne majaki miały przemienić się w głęboki
sen, ktoś przesadził murek, pod którym stała moja ławka i z hukiem
runął na jej deski. Tuż przy moich stopach. Nie wiem, czemu nie
zerwałem się na równe nogi. Ostatnio jestem taki spokojny… Opłaciło
się to z resztą, bo ów skoczek – młody chłopak w glanach i skórzanej
kurtce – po prostu gdzieś sobie poszedł. Przełożyłem portfel i komórkę
do kieszeni spodni, na której leżałem i postanowiłem znowu zasnąć.
Nie było to takie proste. Skoczek przebiegł koło mojej ławki dudniąc
buciorami. Westchnąłem, poprawiłem ułożenie rąk pod głową
i w końcu znowu odpłynąłem.
Obudziłem się chyba niedługo później z dziwnym uczuciem niepokoju.
Usprawiedliwionego – o czym przekonało mnie otwarcie oczu.
Ten sam chłopak kucał przy mojej ławce i czegoś pod nią szukał. Jego
głowa była może 20 cm od mojej. Chrząknąłem.
– Oh! Hi man!
– Yeah… hi. What’s up?
– Oh… I’ve lost my bottle of vodka.
– Oh… All right.
– Wow! Hey!
– Eh. Yes?
– What are you reading? Is it Burroughs? Isn’t it fuckin’ William
Burroughs?
– No, it’s Bukowski.
– Yeah!
Mogłem prawie powąchać jego słowa, bo pochylił się nade mną
i krzyczał mi prosto w twarz. Jego prawe oko zakrywała powieka,
jakby martwa. Wyglądało to dość koszmarnie. Drugie oko było z resztą
gorsze – otwarte. Szalone. Cholera, pożałowałem, że nie ma obu
powiek spsutych. Patrzył na mnie jasno błękitnym, przekrwionym
okiem szaleńca. Proroka. Przeguby jego rąk obwiązane były brudnym
bandażem. Wpatrywał się we mnie w skupieniu. Nie bałem się.
Już mam odpowiedzieć, streszczając swoje literackie niedole, ale
po namyśle mówię tylko:
– Próbuję.
– To powodzenia. Da pan znać, jak pana opublikują. Wywiesimy
na ścianie z podpisem: „Napisane u nas.”
Uśmiecham się, kiwam jej głową i wracam do pisania. Przezornie
wyjmuję od razu torebkę herbaty. Na trzecią nie mogę chyba
liczyć.
Słowa powoli zaczynają trafiać na swoje miejsce, a opowiadanie
zaczyna się płynnie czytać od początku do końca. Nie jest to arcydzieło,
ale jak na mnie całkiem przyzwoite.
– Chce pani przeczytać? – pytam. – Jest króciutkie, ma dwie strony.
Rozgląda się po małej salce. Jest osiemnasta, w lokalu siedzi sporo
gości. Wszyscy jednak są obsłużeni, więc zgadza się z uśmiechem.
Siada naprzeciwko mnie, a ja obracam laptopa w jej stronę.
Bezsenność sprawiła, że zacząłem rozmyślać o wiecznych prawdach.
Jack Kerouac
„Uściśnij dłoń”
Autor: Maciej Rajk
By zasnąć na ławce, gdy noc jest chłodna, trzeba być pijanym albo
trzeba przekroczyć ten punkt wytrzymałości, po którym człowiek wali
się spać na byle czym. Nie pamięta się wtedy momentu zaśnięcia.
Pewną szansę daje też posiadanie śpiwora. Wtedy śpisz jak w domu –
nie ma w tym romantyzmu. Ja nie miałem śpiwora.
Nie byłem też pijany, ani nadzwyczajnie zmęczony. Dlatego właśnie
– zwinięty w kłębek na ławce, w centrum Dublina, w ciepłym
swetrze i skórzanej kurtce, z książką pod głową – nie bardzo mogłem
zasnąć. Nie pomagało też wschodzące powoli lipcowe słońce. Na
ławkę trafiłem dopiero o 4:00 nad ranem – prosto z pubu. Zgodnie 
z planem, zresztą. W naszym hotelu nie mieli dla nas miejsc na tę noc,
zadecydowaliśmy więc spędzić noc w pubie, a po zamknięciu zwalić
się spać na ławkę.
Leżąc, powoli jednak robiłem się senny. W końcu poddałem się
błogiej fali. I kiedy pierwsze senne majaki miały przemienić się w głęboki
sen, ktoś przesadził murek, pod którym stała moja ławka i z hukiem
runął na jej deski. Tuż przy moich stopach. Nie wiem, czemu nie
zerwałem się na równe nogi. Ostatnio jestem taki spokojny… Opłaciło
się to z resztą, bo ów skoczek – młody chłopak w glanach i skórzanej
kurtce – po prostu gdzieś sobie poszedł. Przełożyłem portfel i komórkę
do kieszeni spodni, na której leżałem i postanowiłem znowu zasnąć.
Nie było to takie proste. Skoczek przebiegł koło mojej ławki dudniąc
buciorami. Westchnąłem, poprawiłem ułożenie rąk pod głową
i w końcu znowu odpłynąłem.
Obudziłem się chyba niedługo później z dziwnym uczuciem niepokoju.
Usprawiedliwionego – o czym przekonało mnie otwarcie oczu.
Ten sam chłopak kucał przy mojej ławce i czegoś pod nią szukał. Jego
głowa była może 20 cm od mojej. Chrząknąłem.
– Oh! Hi man!
– Yeah… hi. What’s up?
– Oh… I’ve lost my bottle of vodka.
– Oh… All right.
– Wow! Hey!
– Eh. Yes?
– What are you reading? Is it Burroughs? Isn’t it fuckin’ William
Burroughs?
– No, it’s Bukowski.
– Yeah!
Mogłem prawie powąchać jego słowa, bo pochylił się nade mną
i krzyczał mi prosto w twarz. Jego prawe oko zakrywała powieka,
jakby martwa. Wyglądało to dość koszmarnie. Drugie oko było z resztą
gorsze – otwarte. Szalone. Cholera, pożałowałem, że nie ma obu
powiek spsutych. Patrzył na mnie jasno błękitnym, przekrwionym
okiem szaleńca. Proroka. Przeguby jego rąk obwiązane były brudnym
bandażem. Wpatrywał się we mnie w skupieniu. Nie bałem się.
Byłem nienaturalnie spokojny. Odpowiadałem mu, kiwałem głową.
Toczyłem salonową konwersację z maniakiem. Potem konwersacja
przeszła w jego monolog. Krzyczał, a ślina obficie moczyła kołnierz
mojej kurtki. Kawiarniane pogaduchy.
– No-fuckin’-body reads Bukowski in Ireland. Irish people are
dumb! I love these writers man. Bukowski, Kerouac, Burroughs! Do
you know them? Have you read them?!
– Yeah.
– I knew that. Where are you from?
– Poland.
– That’s great. I’m from here.
Wyciągnął do mnie dłoń. Uścisnąłem ją, szybko pokonując wahanie.
Problemy zaczynają się, gdy nie uściśniesz dłoni szaleńca. Spodobało
mu się moje zdecydowanie. Mruknął, potrząsając moją ręką.
Potem na dobre się rozgadał. Mówił o rasistach, o tym jak ich
nienawidzi, mówił, że cieszy się że tylu ludzi z Europy Wschodniej
przyjeżdża do Irlandii, opowiadał o faszystach w Irlandii i Wielkiej
Brytanii. Pomijając jego przekleństwa, dziką pasję, obłęd czający się
w oku, ślinę spływającą po skórzanym kołnierzu mojej kurtki i wykrzyczaną
deklarację:
– I hate fascists! I have to fight man! We all have to! I’m gonna’
shoot them all! Shoot them all motherfuckers!
…otóż pomijając te drobnostki, była to typowa salonowa pogadanka.
Przytakiwałem mu. Często z rezerwą. A on mówił i mówił. W końcu
się zmęczył. Wyprostował się chwiejnie. Spojrzałem na moich
kolegów na sąsiednich ławkach. Nie spali. Przypatrywali się nam
z przerażeniem. Z autentyczną, niemą, niewyspaną trwogą. Cholera
– pomyślałem. – Ten gość naprawdę wygląda groźnie. Tylko ja, oddychający
30 cm od jego twarzy mogłem czuć, że nic mi nie grozi. Gość
pożegnał się i odszedł, rozglądając się za zgubioną butelką. Koledzy
z powrotem pokładli głowy na ławkach.
– O kurwa – mruknął jeden z nich. Nie rozmawialiśmy o tym
później. Po chwili wszyscy znowu spali. Ja nie mogłem. Czułem,
że posiadłem jakąś ulotną, ważną mądrość, którą stracę, gdy tylko 
zamknę oczy. Powlokłem się więc do najbliższego otwartego sklepu.
Stał tam automat z herbatą. Mój zegarek wskazywał 5:10. Herbatę
sprzedał mi za 1,50 € rześki Chińczyk. Nigdy nie widziałem zaspanego
Chińczyka.
Powoli wróciłem na swoją ławkę, grzejąc ręce na papierowym
kubku. Ta mądrość cały czas tkwiła pod sklepieniem mojej czaszki,
jak niepewnie zamocowane lustro.
Straciłem ją z pierwszym łykiem herbaty. Bezpowrotnie, jak sądzę.

 

Moje inne opowiadania:

Ja rodzę, wy sk****ny

Sprzedawca nieruchomości

Nieszczęście w szczęściu

 

 

Zachęcam też do odwiedzenia mnie na google+ i na  Facebooku.

 

 

 

 

Tagged with:
 

Komentarze:

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Please type the characters of this captcha image in the input box

Please type the characters of this captcha image in the input box